Zabójcze Słonie

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Dla mnie bohaterami finiszu ligowego sezonu są niecieczańskie Słonie. Mimo faktu, że jej degradacja dopełniła się na kilka kolejek przed końcem rozgrywek, Termalica Bruk-Bet walczyła dzielnie do końca, nikomu nie ułatwiając zadania. Złośliwym zrządzeniem losu waleczne Słoniki pociągnęły za sobą do pierwszej ligi oba kluby z Trójmiasta, gdyńską Arkę i gdańską Lechię. Trenerowi Marcinowi Broszowi dedykuję powiedzonko byłego selekcjonera Wojciecha Łazarka „chociaż pupcia obszarpana, ale zawsze proszę Pana”.

W Niecieczy nic nie jest obszarpane, pensje piłkarzy godne i płacone na czas, warunki treningowe idealne (jedna z najlepszych muraw w lidze), kibice liczni jak na niespełna tysięczną miejscowość i - w odróżnieniu od wielu innych ośrodków - bardzo kulturalni. Łazarkowa metafora bardziej odnosiła się do sytuacji sportowej na finiszu.

Znany w środowisku trener piłkarski twierdzi, że piłkarze z Niecieczy byli motywowani przez właściciela Widzewa, by ograli Trójmiejski duet. Spiskowe teorie dziejów są stare jak świata, plotki szerzą się nie tylko w maglu. Zapytam tak: ten sam biznesmen zmotywował króla strzelców ekstraklasy, by w decydującym momencie strzelił z karnego w poprzeczkę, choć - wcześniej i później - zdobył w tym meczu bramki?

Futbol jest przewrotny, czego dowodzi huśtawka nastrojów w Warszawie: w ostatniej sekundzie Legia odpadła z europejskich pucharów, a Polonia awansowała do baraży. Kibice piłkarscy są chyba częstymi pacjentami kardiologów.

To paradoks tegorocznych rozgrywek, że ostatnie miejsce w ekstraklasie zajął zespół, który dwukrotnie pokonał Jagiellonię, wygrał z Legią w Warszawie i z Górnikiem w Zabrzu. Tak zwariowanego sezonu dawno nie było. To trzeci w historii spadek Termaliki z ekstraklasy, ale znając determinację państwa Danuty i Krzysztofa Witkowskich, wspomaganych przez syna Maksa, jestem pewien, że powrócą, być może już za rok.

Gorzej może być z powrotem trójmiejskiego duetu z Gdańska i Gdyni, chodzi nie tylko o aspekt sportowy. Co prawda pieniądze nie grają, ale dobrzy piłkarze bez pieniędzy też nie. Bardzo cieszy powrót katowickiej Gieksy na europejski szlak. Jej legendarny napastnik Jan Furtok pewnie uśmiecha się z Nieba, podobnie twórca potęgi klubu Marian Dziurowicz, nie bez powodu zwany Śląskim Magnatem. Pamiętne mecze na rachitycznym wtedy stadionie przy Bukowej z Bordeaux, Bayerem Leverkusen czy FC Brugge oglądali ojcowie dzisiejszych fanów z mało komfortowego „blaszaka”. Teraz europejskie mecze rozgrywane będą na pięknym stadionie zwanym Nową Bukową. Powodzenia Giekso i pozostali polscy pucharowicze!

Zła karma podobno wraca. Dedykuję tę prawdę włodarzom koszykarskiego klubu King Szczecin. Panowie specjalizujący się w interesach odległych od sportu potraktowali per noga zasłużonego trenera Arkadiusza Miłoszewskiego. Pokazali mu środkowy palec w swoistym podziękowaniu za mistrzostwo Polski i inne trofea. Prowadzenie hurtowni papierosów to specyficzny biznes, ale kierowanie klubem sportowym również. Miłoszewski dokonał słodkiej zemsty, prowadząc biedniejszy i słabszy kadrowo Zastal Zielona Góra, wyeliminował byłego pracodawcę z ligowych finałów. Dziś zagra pierwszy mecz półfinałowy z równie sensacyjną Arką Gdynia, co jest pewnym pocieszeniem dla gdyńskich kibiców po spadku piłkarzy. Arkowcy utarli nosa pewnym siebie wrocławianom, chroniącym się pod parasolem szarej eminencji polskiego basketu, premiera Grzegorza Schetyny.

Wiadomo, że inne gry zespołowe przegrywają w klikalności z wszechobecnym futbolem, ale polecam przyglądanie się finałowej fazie męskich lig koszykówki i szczypiorniaka. Siatkówka właśnie zakończyła emocjonujący jak zwykle sezon. Gratulacje dla Aluronu Warty Zawiercie za mistrzostwo Polski. Całkiem niedawno przypadkowo spotkałem zawodników z Zawiercia na sopockiej ulicy przed ich meczem z Treflem. Wyznałem im, że w szkole nie lubiłem grać w siatkówkę, preferowałem futbol oraz piłki nożną i ręczną. Na początku trochę się zdziwili, ale później przyznali mi rację gdy wytłumaczyłem, że miałem na myśli skalę trudności. W siatkówce niewiele się zdziała bez opanowania podstaw technicznych, a w amatorską gałę może grać każdy, nawet znany polityk czy inny celebryta.

Są świadkowie, którzy potwierdzą, że dawno temu mówiłem iż inwazja firm kryptowalutowych na sport brzydko mi pachnie. Gdy źródło pochodzenia pieniędzy nieznane, a dobrodziejami są panowie w białych skarpetach i złotych łańcuchach, w głowie zapala się czerwona lampka. Raz już się sparzyłem na firmie Berlo tuż po objęciu prezesury w PZPN. Rekomendowały ich gwiazdy polskiego futbolu, wpłynęła pierwsza i druga rata, a później ślad po dobrodzieju się urwał, by po jakimś czasie znów się pojawić zza krat więzienia.

Oszuści i hochsztaplerzy lgną do sportu jak muchy do lepu. Potrzeby instytucji sportowych są duże, a umiejętności weryfikacji biznesowej mizerne. Często dopiero po latach trupy wypadają z szaf, jak teraz Cinkciarz czy Zondacrypto. Zatrzymany przez smutnych panów rzekomy geniusz finansowy Marcin Pióro uwiódł nie tylko sportowych liderów, lecz także Prezydentów RP Lecha Wałęsę i Bronisława Komorowskiego, pozujących w otoczeniu cheerleaderek na parkiecie Chicago Bulls. Polak mądry po szkodzie, ale Walijczyk i Czech też. Cinkciarz reklamował się tam dłużej niż u nas, choć do płacenia nie był skory. Już sama nazwa powinna budzić czujność, ale ówczesne szefostwo PZPN z prezesem Bońkiem na czele jej nie zachowało.

„Jutro Meksyk” - taki był tytuł świetnego filmu sprzed 60 lat ze Zbigniewem Cybulskim, Wacławem Kowalskim i Leonem Niemczykiem w rolach głównych. Intrygi, podchody i romanse już wtedy nie były rzadkością w środowisku sportowym. Dziś tytuł powinien być inny: „Jutro Meksyk, USA i Kanada”. Dawne grzeszki w zacofanej Polsce były niczym wobec zbliżającego się szybkimi krokami piłkarskiego Mundialu. Gigantomania i pazerność to nie jedyne przewiny.

Kilka tysięcy złotych za obejrzenie meczu Curacao? Bez jaj proszę! Na razie bardziej od Infantino show interesują mnie mistrzostwa świata w koszykówce trzy na trzy rozpoczynające się w Dzień Dziecka w Warszawie. Otoczenie Pałacu Kultury kojarzyło się kiedyś z defiladami pierwszomajowymi, obskurnymi kebabowniami, dzikimi parkingami, ostatnio też pokracznym muzeum sztuki nowoczesnej. Teraz duży plac w centrum stolicy ożyje dzięki mini- koszykówce.

Bardzo mnie to cieszy.

Mimo faktu, że jej degradacja dopełniła się na kilka kolejek przed końcem rozgrywek, Termalica Bruk-Bet walczyła dzielnie do końca, nikomu nie ułatwiając zadania. Fot. Marta Badowska/PressFocus.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się