Za siedmiu hałdami i siedmiu gliniokami

WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

No to Górnik idzie na majstra. Nie mam nic przeciwko, im więcej śląskich klubów w czubie tabeli, tym lepiej, może nawet w pełni górnośląskie podium się znowu kiedyś przydarzy, na razie trzeba się zadowolić trzema drużynami w pierwszej dziesiątce.

W Zabrzu szaleństwo, bo drużyna już ograła głównego kontrkandydata, z ośmiu meczów wygrała siedem, lideruje samodzielnie z dużą przewagą i w dodatku z Europą obeszła się sprytnie – pokopali z potęgami, wstydu nie przynieśli, ale jesienią w pucharach wykrwawiać się nie będą. Reszta sezonu będzie się wedle wszelkiego prawdopodobieństwa rozgrywała jak za dawnych lat pod hasłem „gonić Górnika!”.

Po ostatnich dwóch kolejkach nie bardzo widzę, kto miałby temu zadaniu podołać. Lech oberwał, kiedy już dzielił skórę na niedźwiedziu, Erik Prekop nie mógł się przebudzić w lepszym momencie. Korona u siebie była kompletnie obezwładniona, Górnicy zostawili jej piłkę i postawili na konkrety – dominikański Piotruś strzelił dwa gole, podczas gdy gospodarzy przez półtorej godziny stać było na dwa strzały niecelne. Zabrzanie łoją zatem równo tyłki wszystkim i patrzą jak puchną, a brak kompletu punktów zawdzięczają tylko kilkuminutowemu rozkojarzeniu w doliczonym czasie klasyka z Gieksą, kiedy dwukrotnie skarcił ich Szkurin. Tak czy owak, punkty zostały na Górnym Śląsku.

Gieksa chyba jeszcze świętuje to zwycięstwo, bo w międzyczasie przegrała dwa razy, w tym w Gliwicach, więc dla fanatyka piłki hanyskiej żalu ni ma. Piast jest największym zaskoczeniem tej jesieni – eksperci wprost nie mogą pojąć faktu, że ich przedsezonowy „pewniak do spadku” zalicza serię zwycięstw i pod wodzą Daniela Myśliwca wreszcie zaczął wyglądać więcej niż solidnie. Niech się nasze ekipy częstują punktami, może w przyszłości dołączą do nich kolejne, bo mnie się marzy górnośląska ekstraklasa, jak choćby ta z sezonu 1964/65, gdy na czternaście ekip ligowych nasz region miał sześciu reprezentantów i za miedzą silnych goroli z Sosnowca – połowa stawki pochodziła zatem z ówczesnego województwa katowickiego, wzmocniona opolską Odrą. Mistrzem został wtedy po raz piąty w ogóle, a trzeci z rzędu Górnik, czemu trudno się dziwić, skoro miał wtedy w składzie aż siedmiu graczy z zabrzańskiej jedenastki wszechczasów (Kostka, Oślizło, Florenski, Szołtysik, Lentner, Pohl, Lubański). Tuż za jego plecami uplasowały się wtedy Szombierki, ale to drugi klub z Bytomia, sprawił historycznego psikusa, który odbija się czkawką w moim rodzinnym mieście do dziś.

Ruch zaczął wtedy jesień fatalnie, od czterech porażek w pięciu meczach i przed derbami z Polonią ćwirki ptaszkały, że piłkarze zamierzają zagrać na zwolnienie trenera Augustyna Dziwisza. Ruch był cherlawy, a w Polonii wtedy wiódł prym łakomy na gole duet Jan Liberda – Norbert Pogrzeba, ci dwaj nie potrzebowali dodatkowej uległości obrońców rywali, żeby się dzielić łupem bramkowym. Mój ojciec, naonczas jeszcze w późnym wieku studenckim, przy Cichej był stałym gościem, po latach werwa kibicowska w nim gasła, aż w końcu z początkiem lat osiemdziesiątych przekazał swoje miejsce na trybunie moim półdupkom – niebieską krew wszakże mam po nim. Tata przez lata całe bajał mi o czasach, w których na Cichą przychodziło się z jedną tylko niewiadomą – nie istniało bowiem pytanie, czy Ruch wygra, tylko jak wysoko. Kiedy dopytywałem go o wspominki z meczów wyjazdowych, tłumaczył, że dla zasady, konsekwentnie na wyjazdy poza Chorzów się nie zapuszczał, a ściślej, zapuścił się tylko raz, 5.09.1964 i doświadczył czegoś na wskroś traumatycznego. Oto bowiem stres tej nieomal zamorskiej eskapady za siedem hałd i siedem glinioków postanowił sobie z kamratem ochłodzić piwem. Obaj po szybkim biforku w mordowni „u Baldra”, postanowili zaopatrzyć się także w odpowiednie zapasy na szpil, przy czym umówili się, że będą otwierali po piwku tylko kiedy padnie jakiś gol, za to wychylą je „na eks”. A były to czasy zamierzchłe, gdy nikomu nie czyniono wstrętów, gdy wnosił na stadion alkohol; tak zamierzchłe, że choć wszyscy na trybunach byli co najmniej zdrowo podchmieleni, nikt nikomu ryja nie obijał, a kibice obu ekip siedzieli razem wymieszani. Liberda władował pierwszego gola już w drugiej minucie, a potem mój bidny stary miał kłopoty z nadążaniem za Polonistami – goli wpadło tamtego dnia wyłącznie do chorzowskiej bramki aż osiem, trudno się dziwić, że Dziwisz wyleciał z hukiem, a mój stary długo i niesamodzielnie wracał do domu, z którego moja babcia postanowiła go relegować dyscyplinarnie. Ile się musiał naprzepraszać i nabłagać, by dziadkowie oszczędzili mu szukania stancji i pozwolili pogniazdować jeszcze u siebie, wiedział sam jeden, ale do tematu wracał rzadko i niechętnie. To była najwyższa porażka w historii Niebieskich. Ruch od z górą sześćdziesięciu lat próbuje zmazać tę plamę w meczach od niedawna określanych mianem Najstarszych Derbów Śląska. Już jutro nadarzy się kolejna okazja, której zamierzam świadkować bezpośrednio, ma wszelki wypadek żadnych trunkowych wyzwań sobie nie wyznaczając.

Zabrzanie w ataku – z ośmiu meczów wygrali siedem. Fot. PAP/Piotr Polak

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się