Za Ruchem po koronę
WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Lubię sobie po stadionach pojeździć, wolę wyjazdy od meczów u siebie, zupełnie odwrotnie niż za młodu, kiedy na domowe mecze Ruchu uczęszczałem jak na obowiązkowy sakrament. Wtedy byłem wyznawcą, dzisiaj jestem po prostu kibicem, człowiek się z wiekiem wyzbywa radykalizmów i od razu łatwiej mu żyć. Turystyka stadionowa to całkiem zmyślny sposób na poznawanie świata i dość ekonomiczny, jeśli się człowiek nie napina na europejskie finały lub mecze gigantów. W cenie jednego biletu na Camp Nou można zobaczyć sto meczów ligowych na polskich stadionach – kabzę mam zwykle pustawą, a ciekawość świata wielką, wybieram więc wariant krajowy. Najbardziej lubię obiekty na ludzką miarę, stadiony średnie, skromne, ale zadbane, gdzie już jednak nie masz wrażenia, że jak kto piłkę mocniej kopnie, to pół godziny jej w krzakach trzeba szukać, ale też nie jest to zdehumanizowana przestrzeń supernowoczesnego giganta, gdzie człowieka masa przytłacza.
Skłonności kolekcjonerskie to ponoć cecha adehadowców, przeto zawsze łatwo przechodziłem drogę od hobby przez pasję do obsesji. Koronę Tatr Wysokich zacząłem „kolekcjonować” dopiero kiedy okazało się, że już wlazłem na więcej niż połowę najwybitniejszych szczytów tatrzańskich, a skoro zostało do zdobycia mniej niż więcej, to się, by tak rzec, sfokusowały moje wybory trekkingowo-wspinaczkowe. Kiedy się okazało, że byłem już w prawie tysiącu różnych jaskiń, to się jednak zmobilizowałem, żeby ten tysiąc zaliczyć. A całkiem niedawno wyszło mi na to, że na poziomie centralnym odwiedziłem już większość polskich stadionów. Od razu zaczęła mnie łechtać pokusa, by w takim razie skompletować wszystkie i potem ewentualnie uzupełniać z każdym sezonem o obiekty beniaminków. Szanuję, a nawet podziwiam projekt redakcyjnego kolegi, Pawła Czado, który nie szczędzi starań, aby zobaczyć mecze na wszystkich obiektach, także w niższych klasach - zdołał niegdyś być na sześciu meczach w ciągu jednego dnia, w tym tempie pewnie życia mu wystarczy, żeby tę ideę zrealizować. Ale to już turystyka ekstremalna, w dodatku dla zmotoryzowanych, a ja prawa jazdy nigdy nie miałem, poruszam się koleją, lubię sobie poczytać w podróży. Paweł mierzy w Wielką Koronę, mnie zaświtała myśl o tej mniejszej, bo i łeb mam nieduży.
Synek mój wciąż się nie znudził graniem w orlikach Legii, ostatnio grali swój meczyk na boiskach treningowych warszawskiego Hutnika, podczas gdy na głównym obiekcie akurat rozgrywało swoje spotkanie KTS Weszło, lider mazowieckiej 4 ligi. Obejrzałem kwadrans zza płotu, parę metrów za bramką, do której akurat wpakował piłkę obrońca, zaliczając swojaka z żałobnym „Ożeszkurła…” na ustach. Według metodologii mistrza Pawła, do której się odwołuję, zaliczyłem tym samym dwa kluby – do odfajkowania obiektu nie trzeba bowiem obejrzeć całego meczu. Weszło nie ma swojego stadionu, więc gra na Hutniku. Pewnie Wejdzie do trzeciej, a i potencjał na poziom centralny jest, „zaliczone” mam więc awansem. Tymczasem jednak intencjonalnie jąłem uzupełniać braki pierwszoligowe przy okazji obiecującego finiszu Niebieskich. W Tychach już byłem po wielekroć, do Pruszkowa też się ponownie nie wybieram, ale brakowało mi Miedzi, w dodatku mecz miał olbrzymią stawkę, bo przegrany w zasadzie tracił szanse na baraże o ekstraklasę. Stadion w Legnicy to jest właśnie miejsce na moją miarę skrojone – nieduży, ale dobrze zaprojektowany, cztery symetryczne i zadaszone trybuny nie są ze sobą połączone, dzięki czemu po racowisku samo się wietrzy, boisko na moje oko krótkowidza wystarczająco blisko, żebym nie musiał oglądać meczu przez lornetkę. Można zatem mieć stadion niewielki, ale funkcjonalny i estetyczny, nie sprawiający wrażenia obiektu z dykty i paździerza, posklejanych naprędce przed meczem, jak to niestety ma miejsce w Częstochowie. W klasyfikacji najbrzydszych obiektów ligowych w Polsce Raków wydaje się bezkonkurencyjny, co jednak jest poważnym cringem o nieustających ambicjach europejskich.
Wracając do Legnicy – lubię sobie usiąść wśród kibiców gospodarzy, ale nie tych fanatycznych, lecz pośród leciwych normalsów i posłuchać, do jakich wspomnieć się odwołują. Każdy ma przecież swoje „dawniej to było”. W Legnicy wspominają rzewnie dwumecz z Monaco Arsene’a Wengera, z Klinsmannem i Djourkaeffem w ataku i Lilianem Thuramem w obronie – przed z górą trzydziestu laty. Drugoligowa podówczas „Miedzianka” dzielnie walczyła o awans w Pucharze Zdobywców Pucharów i w ciągu 180 minut okazała się tylko o jedną bramkę gorsza. Mecz domowy rozegrano jednak w Lubinie na znacznie pojemniejszym stadionie znienawidzonego Zagłębia. Tubylcy snuję legendy, że Miedź już wtedy mogła zadebiutować w ekstraklasie, ale bogaty sąsiad zagroził, że w takim przypadku po prostu wykupi wszystkich najlepszych zawodników z Legnicy, żeby pobliską konkurencję osłabić i natychmiast z ligi spuścić. W trakcie meczu z Ruchem narastała też wśród legnickiej gawiedzi niechęć do Niedźwiedzia, na którym nie tylko chętnie by zaczęto skórę dzielić, ale i by go z niej obdarto. Taki już los szkoleniowców, których ekipa zawodzi w decydujących momentach. Ale z Ruchem Miedź przegrała pechowo, sprawiedliwy byłby w tym świetnym meczu wysoki remis bramkowy, co skądinąd niewiele by gospodarzom dało. Niebiescy bez pauzującego za kartki Szczepana poradzili sobie nadspodziewanie dobrze, nade wszystko za sprawą skuteczności rezerwowego napastnika Kolara, niesłychanej waleczności Nagamatsu, stoickiego spokoju defensora Watsona i nadzwyczajnej gibkości bramkarza Bieleckiego. Jeśli nie dojdzie do kataklizmu w meczu ze zdegradowanym Zniczem, Ruch zagra w barażach. Biorąc pod uwagę obecny stan posiadania Niebieskich, dla Waldemara Fornalika ewentualny awans byłby wyczynem porównywalnym ze zdobyciem mistrzostwa Polski w Gliwicach.
Czyżby Waldemar Fornalik wypatrywał już drogi do ekstraklasy? Fot. PressFocus
