Z wzajemnym szacunkiem
Rozmowa z Czesławem Boguszewiczem, byłym reprezentantem Polski, piłkarzem Arki, zdobywcą Pucharu Polski z klubem z Gdyni w 1979 roku w roli trenera
Trójmiejskie derby to wydarzenie na skalę nie tylko Pomorza! Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
Jakieś wspomnienie z derbów z Lechią?
– Do Arki trafiłem z Pogoni w 1976 roku, kiedy Gdynianie właśnie awansowali do ekstraklasy. Lechia była poziom niżej. Nie było więc okazji do ligowych meczów, ale oczywiście mecze kontrolne między sobą się rozgrywało. Nie było to podawane do prasy, żeby nie było rozrób.
Jak to między wami piłkarzami wyglądało?
– Zawsze się szanowaliśmy, czy to było na boisku, czy poza nim. Utrzymujemy ze sobą kontakt, jesteśmy przecież z jednego środowiska. Tomek Korynt grał w obu klubach, wielu innych też. Nie wiem, czy przy trójmiejskich derbach warto o tym mówić…
Moim zdaniem powinno się, żeby zacietrzewienie między kibicami było mniejsze.
– Jako trener mam trenerski epizod w Lechii, kiedy tam była w ekstraklasie. To było w czasie, kiedy trenerem był Hubert Kostka (sezon 1995/96 – przyp. red.). Lechii nie szło, była na dole i wspólnie ze Staszkiem Stachurą prowadziliśmy drużynę przez kilka miesięcy.
A jak będzie w piątkowym wieczornym meczu?
– Lechia ma olbrzymią siłę z przodu, co pokazuje imponująca liczba bramek w tym sezonie. To przecież najskuteczniejszy zespół w ekstraklasie. Na pewno na ten aspekt sztab Arki będzie musiał zwrócić uwagę. Notował ostatnio dobrą serię, dobrze prezentował się na boisku, jest to wymagający przeciwnik. Mam nadzieję, że mecz odbędzie się w kulturalnej atmosferze, a każdy z rywali zaakceptuje to, co jest na boisku, bo walczymy, ale musimy się też szanować.
Arka w tym sezonie punktuje tylko u siebie. Wydaje się więc faworytem, zgodzi się pan?
– Rzeczywiście, bez względu na rywala drużyna na swoim stadionie wszystko wygrywa. Mam nadzieję, że te rozbudowane do monstrualnych rozmiarów sztaby trenerskie – przyznam, że tego nie rozumiem, jak na to patrzę, bo ludzie zderzają się tam ze sobą głowami – wyciągną odpowiednie wnioski i będzie dobrze dla Arki, która tych punktów mocno potrzebuje, szczególnie że jest tak skuteczna w spotkaniach na swoim stadionie.
Nie wiem jak pan, ale ostatnio zaczynam mecz od policzenia, ilu piłkarzy z Polski gra w wyjściowym składzie danego zespołu. Patrząc na Arkę, nie jest źle, bo w wygranym starciu z GKS-em było aż sześciu rodzimych graczy, w tym rewelacyjny nastolatek Oskar Kubiak. W Lechii Polaków jest ledwie dwóch, notabene obaj z Górnego Śląska, bo Tomasz Wójtowicz i Tomasz Neugebauer. Co pan, jako były reprezentant Polski, a potem trener, o tym sądzi?
– To dla mnie satyra! Byłem ostatnio na meczu Pogoni w Szczecinie, gdzie przez lata też grałem i gdzie mam rodzinę. Poszedłem na mecz z Arką i u nich w składzie był jeden Polak, Kamil Grosicki! To dla mnie nie do pomyślenia, tym bardziej jak widzę, co ci zagraniczni zawodnicy grają. W wielu wypadkach to oni uczą się od naszych graczy, a nie my od nich. Tak to nie powinno wyglądać! Chcesz u nas grać, to bądź dużo lepszy, naucz się języka, a wielu z tych przyjezdnych nawet po angielsku nie mówi. To zły sygnał i szkoda, bo utrudnia to pracę selekcjonerską Janowi Urbanowi, właściwej osobie na właściwym miejscu. Z drugiej strony jak patrzę na Premier League, to tam też w składach drużyn jest niewielu angielskich piłkarzy, a talentów przecież na Wyspach nie brakuje. Widać więc, że to taki ogólny trend. Niestety...
Wybiera się pan na mecz Arki z Lechią?
– Tak. Kiedy Arka gra u siebie, to jestem na meczach i tak też będzie w piątek.
No to poprosiłbym o pana typ na to spotkanie.
– Hmm… Jak pan pamięta, to ostatnio typowałem bardzo skutecznie.
Rzeczywiście, trafnie przewidział pan naszą porażkę w Helsinkach z Finlandią w eliminacjach mistrzostw świata, a potem wygraną u nas już pod wodzą trenera Urbana! Tym bardziej proszę się zastanowić nad odpowiedzią.
– Stawiam na wygraną Arki 3:2.
Rozmawiał Michał Zichlarz
WSZYSTKO MOCNO PODZIELONE
Jacek Grembocki to legenda Lechii. Z gdańskim klubem jako nastolatek w 1983 roku zdobył Puchar Polski. Potem przez dziewięć sezonów z powodzeniem bronił barw Górnika Zabrze, z którym dwa razy zdobywał mistrzostwo kraju w latach 80. Pytany o trójmiejskie derby, mówi tak:
– Derby w Trójmieście stwarzają wiele kłopotów. Derby Ruchu i Górnika mają dłuższą historię, ale nie są tak podszyte emocjami, jak tutaj u nas nad morzem. Dziś nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, żeby jakiś piłkarz z Lechii poszedł do Arki i odwrotnie. Dla mnie ci piłkarze, którzy grali w Lechii, a potem w Arce i mówią, że mają biało-zielone serce, to kłamczuchy. Tutaj wszystko jest strasznie podzielone. Połowa Sopotu jest podzielona, Gdynia-Karwiny to kibice Lechii, bo tam za czasów komuny wybudowano osiedle i przemieszczono ludzi z Gdańska. Zabrze i Chorzów dzieli kilkanaście kilometrów, tutaj u nas tak nie jest. Idzie pan w Sopocie i ma pan kibiców i Arki, i Lechii. Jest pan u mnie na Osowej, gdzie 95 procent kibiców to kibice Lechii, ale są też fani Arki. Dzielnica Osowy jest podzielona, część do Gdyni, część do Gdańska. Bardzo delikatna sytuacja. Jakiś czas temu dostałem prośbę od jednego z rodziców, żebym ze swojego młodzieżowego klubu zrobił wycieczkę na stadion Arki, bo cały czas, od 20 lat jeździmy na stadion Lechii. Nie mam z tym kłopotów. W Gdyni byłem trenerem Bałtyku w II lidze, ale nigdy nie wiem, jak będzie, jakbym się znalazł na stadionie Arki i trafił na starszego kibica stamtąd, który będzie pamiętał, gdzie grałem i jaka będzie reakcja. Nie chciałbym, żeby z takiej przyczyny dzieci czuły się niekomfortowo. Żeby nie było, mam wielu znajomych wśród kibiców Arki, których poznałem dzięki Michałowi Globiszowi czy Januszowi Kupcewiczowi. Ten drugi bardzo mi zresztą pomógł, byliśmy bardzo dobrymi kolegami. To był Pan Piłkarz, ja byłem tylko piłkarzem. U nas te derby są specyficzne, inne, jest wielka nienawiść. Jeszcze taki przykład z mojej kariery – z niesmakiem przyjąłem to, jak do Zabrza, gdzie długo grałem, przyszli do nas z Chorzowa trenerzy Lorens z Fornalikiem. Tego, chociaż jestem z Wybrzeża, nie przyjmowałem, inni tak.
(zich)
Czesław Boguszewicz z legendą fińskiej piłki Jarim Litmanenem. Fot. Archiwum Czesława Boguszewicza
