Z Urbanem źle...

KOMENTARZ „SPORTU” - Mariusz Rajek

Jan Urban Fot. Piotr Matusewicz/ PressFocus

Przyznam się szczerze, że nie wiem, co myśleć po piątkowym meczu z Bośnią, a przed poniedziałkowym ze Szwecją. Reprezentacja Jana Urbana dostarcza bardzo wielu sprzecznych emocji. Bo niby nie jest tak źle, a i dobrze wcale; niby zagraliśmy na zero z tyłu, niezły debiut zaliczył Wiktor Nowak, w drugiej połowie stworzyliśmy sobie całkiem sporo dobrych okazji, kilka razy było blisko, ale jednak żadna z nich nie skończyła się w bramce rywala. Za to jedna skończyła się w naszej, ale akurat Marcin Bułka był faulowany. Pierwsza połowa była w zasadzie zupełnie do zapomnienia, poziomem przypominała bardziej jakąś podrzędną kopaninę ligową niż produkt klasy premium, jakim powinien być mecz kadry na Narodowym.

No właśnie – powinien, ale czy był? Najlepszym barometrem odczuć, jakich dostarcza reprezentacja, są kibice, a oni głosują przede wszystkim nogami, czyli kupionymi biletami. W piątkowy, ani ciepły, ani zimny wrześniowy wieczór stawiło ich się w stolicy ponad 46 tysięcy. Niby dużo, ale do kompletu brakowało jednak kilkunastu tysięcy. Puste krzesełka w górnych rzędach raziły po oczach i to nie tylko w wyjątkowo skromnie wypełnionym sektorze gości. Drogie bilety, wysokie ceny paliw, inne priorytety – to wszystko przełożyło się na fakt, że tym razem o wejściówki nikt się nie zabijał i można je było kupić przed samym meczem.

Bardzo ważnym czynnikiem, a może nawet najważniejszym, jeśli chodzi o wotum zaufania do trenera i jego drużyny, jest jednak stricte sportowa postawa na boisku i aura wokół reprezentacji. Ci, którzy przyszli, pożegnali kadrę gwizdami.

Bardzo szybko skończył się dobry klimat i kredyt zaufania do reprezentacji Urbana i może przede wszystkim samego trenera, bo kibic w Polsce w meczu z Bośnią i Hercegowiną zawsze będzie oczekiwał zwycięstwa. ZAWSZE! Nawet jeśli obecnie nasza drużyna nie jest tą, od której należy oczekiwać go w meczu z rywalem tej klasy. W końcu to Bośnia była na mundialu w Ameryce, a nie my, i wyszła tam nawet z grupy. Czy mieliśmy zatem prawo oczekiwać bezwzględnego zwycięstwa? Naprawdę ciężko jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Fani na Narodowym uważają, że tak, a to oni narzucają rytm oczekiwań.

W poniedziałek gramy w Sztokholmie ze Szwecją – tą samą, z którą Urban odpadł w finale baraży do mundialu i która jeszcze długo będzie się za nim ciągnęła. Bo spora część kibiców, ale i dziennikarzy, tamtej porażki mu nie wybaczyła. Zbyt mocno przywiązaliśmy się do obecności na dużych turniejach, zadanie leżało absolutnie w zasięgu naszych zawodników, a Urban rozegrał mecz o tak gigantycznym ciężarze gatunkowym po prostu źle. Kibice stracili marzenia, PZPN miliony, i tak to będzie Urbanowi długo jeszcze ciążyć.

Czy w Sztokholmie może zagrać o posadę? Raczej nie, ale ewentualna porażka tylko nas utwierdzi, że nie zmierzamy w dobrą stronę. Tylko czy pod wodzą kogoś innego byśmy zmierzali? Wątpliwość w odpowiedzi na to pytanie jest najsmutniejszą konkluzją miejsca, w którym znalazła się nasza narodowa – czyli gdzieś pomiędzy „brakuje tak niewiele, żeby było dobrze” a „nic dobrego z tego nie będzie”.

Z Urbanem źle, a bez Urbana? Może być jeszcze gorzej – parafrazując znanego klasyka o babie. Pozostaje wierzyć, że będzie lepiej. 

Najlepiej już dziś.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się