Z pomocą Bońka, Apostela i Engela
Siedemnaste mistrzostwa świata w Korei i Japonii były pierwszymi rozegranymi poza Europą i Ameryką. My zagraliśmy w elicie po 16 latach przerwy.
Doktor Stanisław Machowski zakłada opatrunek na kontuzjowaną nogę dziennikarza „Sportu” Dariusza Czernika. Fot. Archiwum Dariusza Czernika
Drużyna pod kierunkiem Jerzego Engela jak burza przeszła przez eliminacje, gdzie w pobitym polu zostawiła reprezentacje Ukrainy, Białorusi, Norwegii, Walii i Armenii. Awans świętowaliśmy na Stadionie Śląskim 1 września 2001 roku, pokonując Norwegię 3:0.
Były spore nadzieje
Bramkę za bramką strzelał wtedy Emmanuel Olisedebe, pierwszy czarnoskóry reprezentant Polski. W eliminacjach łącznie zdobył ich aż 8; „Oli” niedawno ponownie gościł na Śląskim, występując z futbolowymi gwiazdami i legendami z przeszłości w meczu „Galacticos Show”.
Na turniej do Korei, bo tam przyszło nam grać, Biało-czerwoni jechali z wielkimi nadziejami. Sam selekcjoner pompował balonik. W zespole nie brakowało dobrych piłkarzy, bo byli Jerzy Dudek między słupkami, w obronie dwójka Tomaszów: Wałdoch i Hajto, a z przodu Jacek Krzynówek, Paweł Kryszałowicz, Maciej Żurawski czy wspomniany Olisadebe. Na turniej nie pojechał Tomasz Iwan, pominięty przez selekcjonera w ostatecznej, 23-osobowej kadrze, a sensacyjnie znalazł się w niej przedstawiciel Odry Wodzisław, Paweł Sibik. Przyszło nam rywalizować w grupie D z gospodarzami Koreańczykami, Portugalią oraz ekipą USA.
Nie najlepsza atmosfera
Na turniej na drugi koniec świata ze „Sportu” poleciał Dariusz Czernik. W katowickim dzienniku przepracował ćwierć wieku. Przez kilkanaście lat był szefem działu piłki nożnej, a także zastępcą naczelnego. Odszedł z gazety w 2017 roku, żeby potem przez 1,5 roku być prezesem Górnika Zabrze. Znacząca postać naszej gazety. – Lecieliśmy czwórką znajomych dziennikarzy, w grupie był też Jurek Dusik, wtedy w „Super Expresie”. Lecieliśmy przez Paryż i Hongkong do Seulu. Mieliśmy tam hotel na pierwsze trzy dni. To były czasy raczkującego internetu. Nie bardzo wiedzieliśmy nawet, gdzie jest usytuowany stadion – a okazało się, że był daleko. Nieduże miejsce, małe przestrzenie. Wyjazd tam to była wyprawa – wspomina dzisiaj Czernik.
„Pora na nas” – to jedynka „Sportu” z wtorku, 4 czerwca 2002 roku. Tego dnia w Busan Asiad Main Stadium przyszło nam się zmierzyć z Koreańczykami, których prowadził świetny holenderski trener, Guus Hiddink. Było już kilka dni po inauguracji azjatyckich MŚ, w których sensacyjny Senegal pokonał obrońcę tytułu Francję 1:0 po golu Pape Bouba Diopa. „Przemówią nareszcie zawodnicy, ich umiejętności, dyspozycja. Na taki dzień czekaliśmy aż 16 lat, jest to więc dla nas święto niezwykłe, angażujące świadomość i emocje również tych, którzy na co dzień odlegli są od futbolowych spraw. Adrenalina rośnie podwójnie za sprawą gry z gospodarzami mistrzostw, dla których Polska będzie przez najbliższe godziny najważniejszym krajem świata. Ale i u nas nazwa Korea jest na ustach wszystkich. To norma, sport, a piłka nożna w szczególności zbliża” – pisał redaktor Czernik w korespondencji z Busan.
Już wtedy jednak nie działo się w naszej ekipie najlepiej... – Kiedy wylatywaliśmy do Seulu, dobiegały informacje o niesnaskach na linii piłkarze – dziennikarze. Ci zostali wybuczeni po jednym z treningów. Były ciche dni. Takie typowe polskie piekiełko… Zamiast być zjednoczonym, bo wracaliśmy po latach do gry z najlepszymi, to były niesnaski, pretensje – mówi Dariusz Czernik.
Gościnność ponad wszystko!
Nasz mecz otwarcia kompletnie nam nie wyszedł. Niektórzy w pamięci z tamtego nieszczęsnego spotkania, przegranego wyraźnie 0:2, mają jednak nie tyle to, co wydarzyło się na murawie, a co było przed pierwszym gwizdkiem – „artystyczne” wykonanie polskiego hymnu przez Edytę Górniak…
Życie toczyło się jednak swoim torem. W drugim spotkaniu graliśmy o wszystko z Portugalią. Niestety, skończyło się klęską 0:4. Dudka trzy razy pokonał Pauleta, wynik w końcówce ustalił Rui Costa. Po MŚ 2002 i 2006 do polskiego futbolowego słownika weszła fraza: „mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”…
Sam pobyt w Azji? – Koreańczycy byli niesamowicie gościnni. Taka sytuacja: pojechaliśmy pociągiem na południe, na jedno ze spotkań. Powrót miał się odbyć ekspresem, bo nie mieliśmy wiele czasu, a ze stadionu wychodziło 40 tysięcy kibiców. Nie wiemy za bardzo co robić, więc pytamy policjanta, czy nie pomógłby nam z wezwaniem taksówki. Ten działa błyskawicznie, zatrzymuje samochód z pasażerami, ci wysiadają, jeszcze się nam kłaniając, a my wchodzimy do środka i pędzimy na dworzec. Druga sytuacja - na meczach Polski chyba z 20 tysięcy koreańskich kibiców otrzymywało biało-czerwone flagi, by nimi machać; czywiście z wyjątkiem tego pierwszego meczu. Miało się uczucie, jakby się uczestniczyło w jakiejś inscenizacji – wspomina z uśmiechem Dariusz Czernik.
Powrót z kadrą
Pomiędzy meczami z Koreą i Portugalią, zaplanowanym na 10 czerwca 2002, odbyło się spotkanie śląskich dziennikarzy z warszawskimi. – Zderzyłem się w pewnym momencie z Sebastianem Szczęsnym. Coś przeskoczyło mi w kolanie, mocno zabolało, czułem, że stało się coś poważnego. Były śmiechy i „wstawaj, wstawaj”, bo co w takim meczu może się zdarzyć? Spotkanie obserwowała kadra, oficjele. Niedaleko stał Zbigniew Boniek i potraktował sprawę serio. Miałem szczęście, bo był też obecny taki specjalista, jak doktor Machowski. Okazało się, że zerwałem więzadła przednie i poboczne! Doktor od razu stwierdził, że albo natychmiastowa operacja, albo unieruchomienie nogi. Założył mi taki leciutki, ważący może 300 gramów unieruchamiacz od palca u nogi do uda – mówi Czernik.
Tak „opatulony” nadawał korespondencję z turnieju do „Sportu”. – Łatwo nie było założyć skarpetkę, zejść ze schodów, wsiąść do samochodu, żeby gdzieś pojechać. Po tym jak przegraliśmy z Portugalią i było wiadomo, że wracamy, to pojawiła się propozycja, żebym po ostatnim grupowym meczu z USA wracał z kadrą. Wiceprezesem związku był wtedy Heniek Apostel, z którym znałem się jeszcze z czasów, gdy pracował jako trener Górnika (Dariusz Czernik przez lata pisał o Górniku – przyp. red.). Wszystko musiał jeszcze zaakceptować selekcjoner Engel i oczywiście przystał na takie rozwiązanie. Powiedział tylko: „co się dzieje w samolocie, zostaje w samolocie”. Nic się zresztą nie działo, może tylko godzinę przed lądowaniem była nerwowość, jak kadra zostanie przyjęta na lotnisku, ale źle nie było – przypomina tamte dzieje korespondent „Sportu” na azjatycki mundial. Na marginesie warto dodać, że z Korei nasza kadra wracała prezydenckim Tupolewem, który rozbił się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku, m.in. z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim na pokładzie…
Ostatni raz Canarinhos
Po powrocie Dariusza Czernika był jeszcze pomysł, żeby do Japonii, już na finałowe spotkania, poleciał Piotr Koźmiński, ale z racji kosztów taki wyjazd nie doszedł do skutku. Tak czy inaczej, „Sport” miał swojego korespondenta w Azji, jak na innych rozgrywanych poza Europą turniejach: w Argentynie w 1978, w Meksyku osiem lat później i w Stanach Zjednoczonych w 1994.
Mistrzem, po raz piąty i ostatni jak dotąd, została Brazylia, która w finale pokonała Niemców 2:0 po błędzie wybranego najlepszym piłkarzem i bramkarzem imprezy, słynnego Oliviera Khana. To jedyny golkiper w historii, który otrzymał tytuł najlepszego gracza imprezy. Inne gwiazdy azjatyckich MŚ? W zestawieniu FIFA wśród najlepszych znaleźli się: bramkarze - Oliver Kahn, Rustu Recber, obrońcy - Sol Campbell, Fernando Hierro, Hong Myung-bo, Alpay Ozalan, Roberto Carlos, pomocnicy - Michael Ballack, Claudio Reyna, Rivaldo, Ronaldinho, Yoo Sang-chul oraz napastnicy - El Hadji Diouf, Miroslav Klose, król strzelców mistrzostw Brazylijczyk Ronaldo (8 goli) i Hasan Sas.
Michał Zichlarz
KORESPONDENCI „SPORTU” NA MŚ
1950, Brazylia : -1954, Szwajcaria : Tadeusz Bagier
1958, Szwecja : Tadeusz Maliszewski vel Narcyz Suessermann
1962, Chile : -
1966, Anglia : dr Jerzy Roha
1970, Meksyk : -
1974, RFN: Janusz Jeleń, Zbigniew Łagódka, Jerzy Roha, Józef Bula, Andrzej Konieczny
1978, Argentyna : Janusz Jeleń
1982, Hiszpania : Grzegorz Stański
1986, Meksyk : Grzegorz Stański
1990, Włochy : Grzegorz Stański, Adam Barteczko
1994, USA : Mirosław Nowak, Kazimierz Marcinek
1998, Francja : Mirosław Nowak + Kazimierz Mochlinski
2002, Korea i Japonia: Dariusz Czernik
W 2002 po raz piąty mistrzem świata, i jak na razie ostatnim, została Brazylia. Na zdjęciu kapitan Cafu.
W finale Brazylia pokonała Niemcy 2:0, a w meczu o brąz rewelacyjna Turcja 3:2 Koreę Południową.
Na mundial do Azji lecieliśmy z wielkimi nadziejami…
Niestety, po drugim przegranym meczu z Portugalią przyszło nam wracać do domu. Wygrana 3:1 na koniec z USA nic już nie dała.
