Z kim będzie nam tak źle…

MUCHA NIE SIADA, felieton Tomasza Muchy

Gdy w osiemdziesiątej siódmej minucie meczu pamiętnego Szwedzi zabawili się z Polakami w piłkarzyki - kulka tak długo odbijała się od płaszczyzn martwych i żywych, aż w końcu wpadła do celu - nasza nieśmiertelność się dokonała. Walczyliśmy pięknie, szarżowaliśmy po ułańsku, biliśmy się z finezją i wreszcie osiągnęliśmy to, co zawsze najbardziej sobie ceniliśmy: moralne zwycięstwo. Byliśmy lepsi, nasze wojska ośmieszały przeciwnika, nasze serca były ufne i gorące, więc wygrali tamci. Chwała zwyciężonym! Poczesne miejsce w annałach narodowych klęsk zaklepane.

Ku tej pięknej katastrofie poprowadził nas Jan Urban, dusza-człowiek. Ten luz, ten dowcip, ta familiarność, ta łatwość w skracaniu dystansu mają obezwładniający urok. Człowiek ów posiadł rzadką umiejętność - zapewne kwestia „starej szkoły” - elokwencji opartej na prostocie, czyli porozumiewaniu się językiem, który z przeciętnego Kowalskiego nie robi debila. Urbana kupiła więc większość narodu, nawet harda zwykle stolyca - w końcu Legia w CV nobilituje. Takiemu misiowi nie sposób wyłupić oczko, można tylko tulić.

Powszechna sympatia, ale i zaufanie do nie tylko społecznych umiejętności selekcjonera były na skalę niespotykaną od dekad, nieporównywalną z poprzednikami. Tym bardziej bolesny musiał być ten zawód - na mundialu będzie jakaś jedna czwarta świata, ale my szwedzkim porywem straceńczym cofnęliśmy się do świata trzeciego. I co zrobić z tym pięknym generałem?

Syndrom pięknoducha Urbana nie jest wcale taki niezwykły. Jak pamiętam z lat chmurnych i durnych, najładniejsze dziewczyny w szkole zwykle padały łupem największych łobuzów, kolegów silnych i rosłych, z których chłopięca męskość tryskała uszami. Ci z nas, którzy niedostatki mięśni i pewności siebie musieli rekompensować podsunięciem zadania na klasówce, namiastką dowcipu czy w akcie bezbrzeżnej już desperacji śmiałym cytatem z jakiegoś wieszcza - z góry wywieszali białe flagi, nie ośmielając się nawet spojrzeć na zajęte już słodkie blondyneczki. Trzeba było dodatkowego wysiłku, by penetrować rynek w drugim gatunku, gdzie na szczęście i tak zdarzały się okazy klasowe, nawet jeżeli piękne inaczej. Ale co tu ukrywać, byliśmy skazani na nieustającą frustrację i klęskę. Stąd łkam sobie w zaciszu, ale szat nie rozdzieram, jak koledzy po piórze, wszak nihil novi. Przegrywając ze Szwedami Urban i jego żołnierze zabetonowali psychiczną konstytucję polską - najlepsze kąski nie są dla nas; dla nas tylko to, co zostanie z uczty bogów.

Obawiam się mimo to, że ów schizofreniczny rozdźwięk z selekcjonerem będzie narastał - wszak rewersem naszego kultu klęski jest mocarstwowość, no jeszcze tego lata Polska być miała mistrzem świata! Tymczasem człowiek ów przegrał ten jeden mecz, którego akurat za żadne skarby nie można było przegrać! I co? I mimo to wciąż w jego stronę robimy maślane oczy, afirmowani w swojej miłości przez błyskawiczną decyzję prezesa Kuleszy: Urban zostaje i amen!

W duszy mej - przyznam - już dawno tak mocno nie tłukły się dwie skrajności - ta radykalna: wyrzucić na zbity pysk - ale grzeczniej niż onegdaj z Roosevelta; i ta liberalna: no bo - parafrazując klasyków (ech, Kalina!) - z kim będzie nam tak źle, jak z Jasiem?

Ta pierwsza skrajność uruchomiła wstydliwą tęsknotę, którą jeszcze chwilę temu uznałbym za poryw szaleńca: dzwonić od razu do Michniewicza! Do skutku, niechby i 711 razy. Do bólu pragmatyczny Czesiu już by tak posolił Szwedom w Solnej, że do dzisiaj by łez nie odsolili, jak cztery lata temu na Śląskim. A my potem nawet wyszliśmy z grupy!

A co generał usłyszał w podzięce? Spadaj! Bo jako narodu wiecznych malkontentów, szczypał nas w oczy toporny styl Orłów pod jego wodzą, że tak brzydko na katarskiej pustyni odpadliśmy, że nie byliśmy w stanie pokąsać Messiego ani Benzemy, a przecież majaczył się nam już ćwierćfinał, półfinał, a kto wie, „jeszcze tego lata…”.

Gdzie dzisiaj jesteśmy? Odpadliśmy, zanim dostaliśmy szansę odpaść naprawdę. Więc cokolwiek ślepa już wiara w selekcjonera drapie się z natrętną myślą - czy skoro miejsce w narodowym panteonie przegrywów Jan Urban już sobie zaklepał, następnym razem coś wygra?


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się