Wystarczy tego biadolenia!

Rozmowa z Antonim Szymanowskim, złotym i srebrnym medalistą olimpijskim, brązowym medalistą MŚ 1974, członkiem „Złotej Jedenastki” na 100-lecie PZPN-u

Antoni Szymanowski (z lewej) przygląda się walce o piłkę Johanna Cruyffa z Henrykiem Kasperczakiem. Fot. Jerzy Bydliński / archiwum „Sportu”

50 lat i 2 miesiące minęły od waszej wygranej 4:1 z Holandią na Stadionie Śląskim w eliminacjach EURO 1976. Wielu powiada, że to najlepszy mecz Biało-czerwonych w historii. Pan się z tym zgadza?

– Nie wyolbrzymiam tej wygranej, podchodzę do niej z chłodną głową. Dla nas był to ważny mecz, bo rok po mistrzostwach świata chcieliśmy pokazać, że nasz wynik na niemieckich boiskach nie był przypadkiem.

I to się udało!

– Udało się więcej: potwierdziliśmy, że jesteśmy drużyną światowej klasy. Choć trzeba być obiektywnym i powiedzieć, że Holendrzy – choć wówczas w glorii wicemistrzów globu – w defensywie grali wyjątkowo kiepsko. Przynajmniej dwie nasze bramki były zawinione przez ich obrońców. Więc owszem, nazwałbym to spotkanie jednym z najlepszych w historii. Ale czy najlepszym? Polemizowałbym. Inna rzecz, że mnie z Holandią zawsze grało się dobrze – 1:1 w Rotterdamie tuż przed Wembley, potem owo 4:1 i... sromotna porażka w rewanżu (0:3 – dop. aut). To wszystko za Kazimierza Górskiego. A potem jeszcze za Ryszarda Kuleszy 2:0 na Stadionie Śląskim i wyjazdowe 1:1. Więc w tym okresie ten nasz bilans z czołową ekipą świata był całkiem niezły!

Ten mecz był wówczas niezwykły jeszcze z jednego powodu: zagraliście wtedy z... czerwonym, a nie białym orłem na piersi!

– A wie pan, że tego nie pamiętam? Ale wcale się nie dziwię, że taka wpadka mogła mieć miejsce. Piłkarsko byliśmy wtedy na wysokim poziomie, ale działacze do naszych wyników nie dorastali. Gonili nas, gonili i... nigdy nie dogonili. Mam wrażenie, że i dziś sytuacja bywa chwilami podobna.

Wygrać 4:1 z wicemistrzami świata to nie byle co. Pamięta pan, co wtedy powiedział wam po meczu Kazimierz Górski?

– Jeżeli nawet coś do nas w szatni mówił, to... raczej nie było to słyszalne. Euforia była tak wielka, tak głośne były wzajemne gratulacje, podziękowania, wreszcie wzajemne żarty, że w tym tumulcie niewiele dało się usłyszeć. Bywają takie chwile w sportowym życiu, że słowa nie mają już znaczenia. I bez nich mieliśmy świadomość, jak wielki to był sukces.

Dziś jesteśmy znacznie dalej od Holendrów, ale Jan Urban powtarza, że trzeba szukać optymizmu. Gdzie pan by go szukał?

– Dobrze, że idziemy w kierunku optymizmu, bo już wystarczy biadolenia i wspominania tego, co było złe. Tworzy się coś nowego. Widać u tych chłopców, że chcą, że optymistycznie i z wiarą – jak selekcjoner – podchodzą do tego, co się wokół polskiej piłki i reprezentacji zaczyna dziać. Najważniejsze, że zespół jest poukładany; jest chęć wspólnej gry. Widać, że zawodnicy cieszą się swym towarzystwem. To ważne; w reprezentacji, w której ja grałem, każde zgrupowanie było czymś radosnym. Natomiast umówmy się, że sportowo nie mamy szans na pierwsze miejsce w grupie. Nie liczmy tych bramek, które musielibyśmy nastrzelać, żeby wyprzedzić Holendrów. Z Pomarańczowymi zagramy dla siebie o... prestiż i poczucie własnej wartości.

Pan był defensorem światowej klasy. Jak pan dzisiaj patrzy na tę kwestię, którą musi rozwiązać selekcjoner, czyli brak Bednarka i Wiśniewskiego?

– Szczerze mówiąc, ja zawsze byłem zwolennikiem gry czwórką w defensywie. W takim ustawieniu boczni obrońcy – w pierwszej kolejności wypełniając obowiązki obronne – mają duże pole do popisu również w ofensywie. Natomiast wahadłowi zazwyczaj się miotają, na ile im starcza sił. Gra czwórką, moim zdaniem, jest bezpieczniejsza. Ale... daleki jestem od sugerowania czegokolwiek selekcjonerowi, zwłaszcza w kwestii personaliów. Zresztą najważniejsze – niezależnie od przyjętego systemu gry – jest to, by na boisku uniknąć błędów indywidualnych.

Ale Bednarka będzie brak?

– Kiedy grał w Anglii, źle go oceniałem. Był zagubiony, czemu jednak trudno się dziwić. Chłopak cały czas bęcki tam dostawał, więc mu psychika siadała. A teraz nabrał pewności siebie w Porto, więc... żal, że go nie ma.

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się