Wypełniał życiem
WSPOMNIENIE
Nie zawsze Bodzio się uśmiechał. Czasem psioczył na nadmiar roboty - a potem się za nią brał!
Poznaliśmy się już w wieku dojrzałym, i choć to ja przyszedłem do redakcji „Sportu”, gdy On był w niej „od zawsze”, a groźna fama nazwiska Nather w naszym środowisku się niosła - od razu skrócił dystans. Zostaliśmy z dnia na dzień kolegami. W Jego postawie, odnoszeniu się, zawsze czułem szacunek; mam nadzieję, że go odwzajemniałem, że i z mojej strony czuł to samo - choć bywało, że przecież „iskrzyło”, jak to w życiu i przy robocie. A trzeba to jasno powiedzieć - Bogdan był pracusiem; nawet jak psioczył, że ma już dosyć, że za dużo spoczywa na jego barkach - pisał, pracował, robił swoje. Można było na nim polegać, nigdy nie zawodził.
Nie dało się obok Niego przejść obojętnie. Bogdan był wyrazisty, intensywny, walący prosto z mostu - w zalewie osób bez właściwości On był „jakiś”. I choć można się było z nim w różnych sprawach nie zgadzać - a miał zwykle jasny i często ostry pogląd na niemal wszystko, bo jako ten oczytany i osłuchany znał się autentycznie na wielu sprawach - trudno było go zwyczajnie nie lubić. Targały Nim emocje i namiętności. Ale nawet wtedy litania Jego zdań, w których k…a stanowiła komponent wiodący, w Jego ustach brzmiała jak kolorowy przerywnik, ubarwiający potoczystość wypowiedzi, której puentą i tak była często anegdota lub dykteryjka, a my wszyscy ostatecznie zanosiliśmy się śmiechem. I ten donośny śmiech Bogdana, podobnie jak Jego irytacja, wypełniały redakcję, to dzięki nim „Sport” jako zespół żył najbardziej intensywnie, pulsował. Gdy Bodzio nie przyjeżdżał, gdy już nie mógł - tej redakcyjnej istoty dojmująco brakowało, było jakby smutniej. Jest…
Bodzio drogi! Nie sposób będzie Cię zapomnieć. Wiesz, będę tęsknił…
Tomasz Mucha
