Wylądowali Spurs i Pacers
W czwartek i sobotę wielkie wydarzenia w Paryżu. Mecze w stolicy Francji rozegrają drużyny NBA.
Dla Michaela Jordana do Paryża zjechały tłumy fanów z całego świata. Fot. Nicolas Messyasz/SIPA/PressFocus
Do Paryża na dwa mecze zawita NBA. W Accor Arena w stolicy Francji zagrają San Antonio Spurs i Indiana Pacers. Dwumecz zapowiada się wyjątkowo. Na trybunach nie zabraknie fanów z naszego kraju. Przypomnijmy, że podstawowym zawodnikiem Spurs jest Jeremy Sochan. Miejmy nadzieję, że reprezentant Polski wystąpi, bo w ostatnich tygodniach z powodu urazu pleców opuścił kilka spotkań.
Pierwsze mecze zespołów NBA na Starym Kontynencie odbyły się w połowie lat 80., gdy Seattle Supersonics, podczas tournee po Europie i Izraelu, zagrali kilka sparingów; pierwszy miał miejsce w Ischelandhalle w Hagen.
W 1987 roku odbył się z kolei pierwszy McDonald's Championship (nazywany również McDonald's Open) z udziałem drużyn NBA, mistrzów klubowych z Europy, Australii i Ameryki Południowej. Ta pierwsza impreza rozegrana została co prawda w USA, ale kolejne zwykle gościły właśnie na Starym Kontynencie. Po raz pierwszy dwa zespoły z NBA zagrały w Europie w roku 1984, gdy Phoenix wysoko pokonało New Jersey Nets w Palazzo dello Sport di San Siro w Mediolanie. Kilkakrotnie miałem okazję uczestniczyć w tych koszykarskich ucztach i poniżej zamieszczam kilka wspomnień.
Szerszenie w Bolonii
W październiku 1994 roku „Szerszenie” z Charlotte wylądowały w Bolonii. Tłumy kibiców z całego świata zjechały wtedy na północ Włoch. Miasto, które słynie z najstarszego na Starym Kontynencie uniwersytetu, przeżywało prawdziwe oblężenie. Udało mi się wtedy znaleźć pokoik w niewielkim hotelu przy Via Indipendenza. Było stamtąd niedaleko do zabytkowego centrum, całkiem blisko także do Palazzo Dello Sport Polivante di Casalecchio, gdzie miał odbyć się pokazowy mecz.
W trakcie konferencji prasowej David Stern, komisarz NBA, zapowiedział walkę o nowe rynki. - W USA mamy tylko 260 milionów potencjalnych fanów basketu, a na świecie jest ich 3 miliardy - mówił Stern.
Najpierw była możliwość obejrzenia treningu, potem spotkania z zawodnikami. Charlotte był wtedy jednym z najmłodszych i najbardziej obiecujących zespołów NBA. Oblegani byli Mugsy Bogues i Robert Parish. Ten pierwszy był najmniejszym graczem w dziejach NBA, mierzył ledwie... 159 cm. Liczący sobie 216 cm Parish to z kolei już wtedy zawodnik mocno utytułowany - miał 3 mistrzowskie pierścienie, 9 razy brał udział w NBA All-Star Game. Bogues i Parish często pozowali obok siebie, wszak dzieliło ich mocno ponad pół metra!
W meczu pokazowym rywalem „Szerszeni” był miejscowy Buckler. To czołowy zespół europejski, który wtedy miał 12 tytułów mistrza Włoch, 4 krajowe puchary i sukcesy w rozgrywkach europejskich.
Goście chyba zlekceważyli rywali. Z powodu kontuzji nie wystąpiły dwie największe gwiazdy Hornets, członkowie Dream Team II z mistrzostw świata w Toronto, Alonzo Mourning i Larry Johnson. Zabrakło również chorego na grypę szkoleniowca Alaina Bristowa.
Po 15 minutach gospodarze niespodziewanie prowadzili 36:27 i zanosiło się na sensację. Później jednak przyjezdni z Charlotte, dowodzeni przez maleńkiego Boguesa, wyrównali i zaczęli powiększać przewagę. Dobrze grali doświadczeni Michael Adams, Robert Parish i Hersey Hawkins.
Graczem meczu został jednak Predrag „Sasza” Danilović, który zdobył 33 punkty i co rusz bombardował kosz rzutami z dystansu. Serb grał w tamtym okresie fantastycznie, przepowiadano mu wielką karierę na parkietach NBA, ale jej nie zrobił.
„Rakiety” w Londynie
Rok później okazja do obejrzenia zespołu z NBA nadarzyła się w Londynie. W London Arena we wschodniej części miasta, w tzw. Docklands, zjawili się Houston Rockets. W ramach McDonalds Open zagrali dwa mecze. Najpierw 44 „oczkami” rozbili australijski Perth Wildcats, a w finale spokojnie poradzili sobie z włoskim Bucklerem (126:112).
Kibiców elektryzował przyjazd Hakeema Olajouwona, wówczas jednego z najlepszych graczy na świecie. Do końca nie było jasne, czy Nigeryjczyk przyleci, bo przeszedł operację łokcia i narzekał na kręgosłup. W Londynie się pojawił - pozował do zdjęć, udzielał wywiadów - ale... nie zagrał. Kiedy jego koledzy byli na parkiecie, spotkałem go w stołówce, gdy zajadał się ogromną porcją gulaszu z makaronem.
Gwiazdą turnieju był Clyde Glyde Drexler. Pokazał parę widowiskowych akcji, w finale był bliski triple-double (25 punktów, 10 asyst, 7 zbiórek). Nie było to wiele jak na podstawowego gracza Dream Teamu z Barcelony, ale nagrodę im. Drażena Petrovicia dla MVP turnieju i tak otrzymał. Moją pamiątką z tamtego wyjazdu są zdjęcia z Olajouwonem oraz Drexlerem.
W London Arena Anglicy nie stanowili większości. Na trybunach zasiedli kibice z Niemiec, Hiszpanii, Polski oraz USA. Najwięcej było jednak Włochów, którzy powiewali klubowymi szalikami i flagami oraz gorąco dopingowali koszykarzy Bucklera.
Supersonics i Pacers w Berlinie
W październiku 1996 roku na Stary Kontynent przyjechały dwie drużyny zza oceanu. Indiana Pacers i Seattle Supersonics rozegrali mecz pokazowy w Berlinie. Tak blisko polskich granic najlepsi koszykarze świata jeszcze nie grali! Mecz w ogromnej Deutschlandhalle poprzedzały pokazowe treningi oraz sesje zdjęciowe obu zespołów. Koszykarze ze stanów Washington oraz Indiana fotografowali się m.in. na tle słynnej Bramy Brandenburskiej. Tam kibice mieli szansę zrobić sobie z nimi zdjęcie czy otrzymać autograf.
Sam mecz był bardzo zacięty, ostatecznie to Pacers pokonali Supersonics 98:95. Bohaterem wieczoru został Reggie Miller, który ustrzelił aż 37 punktów, ale dla gospodarzy szczególnie ważny był występ Detlefa Schrempfa z Seattle. Jedyny wtedy Niemiec w NBA nie zawiódł, imponując pewnością na linii rzutów osobistych; 10 na 10.
Co ciekawe, atrakcją był też występ 16-letniego Davida Oswalda. Chłopiec z małego miasteczka niedaleko Rudesheim, poprzez sito eliminacji, zakwalifikował się do rzutu za milion dolarów z połowy boiska. Piłka po próbie młodego Niemca nie doleciała nawet do tablicy... Kasa przepadła, ale chłopak zadowolony opuszczał parkiet. Na pocieszenie otrzymał od sponsora bilet na samolot i wejściówkę na mecz chicagowskich „Byków”, mistrzów NBA.
„Byki” w Paryżu
W 1997 roku nie mogło mnie też zabraknąć w Paryżu. Przyjeżdżały słynne „Byki”, jeden z najlepszych zespołów w historii NBA. Tłumy fanów przybyły wtedy do stolicy Francji, większość specjalnie dla Michaela Jordana. Nie było co prawda w składzie Scottiego Pippena (kontuzja) czy Dennisa Rodmana (negocjował nowy kontrakt), ale wszystkim wystarczył sam Jordan. - Bez Scottiego i Dennisa też jesteśmy zespołem, który przyjechał walczyć o tytuł najlepszych na świecie - tłumaczył cierpliwie MJ na specjalnej konferencji. - To nie jest dla nas tylko turniej sparingowy. Ja do każdego spotkania podchodzę z myślą, by wygrać. Gwiazdor przyjechał wtedy do Paryża z żoną Juanitą oraz trójką dzieci. Spacerował w okolicznościowym berecie, znalazł czas na sesje zdjęciowe m.in. na tle Wieży Eiffla oraz rodzinne zakupy.
W składzie zespołu trenera Phila Jacksona byli wtedy m.in. Chorwat Toni Kukoć, specjalista od „trójek” Steve Kerr oraz potężny Australijczyk Luc Longley.
Bulls w Paryżu rozegrali dwa mecze. W półfinale trafili na PSG Racing (paryżanie dzień wcześniej ograli hiszpański FCB Banca Catalana). Wygrali, ale mocno się napocili. Jordan zdobył 28 punktów, miał 7 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty, ale skuteczność na poziomie niespełna 50 procent (11 z 23 rzutów z gry). - Gdybyśmy dziś grali mecz ligowy, nie byłoby szans na sukces. Na szczęście trafiliśmy na rywali nieco bardziej zdenerwowanych od nas - mówił potem lider „Byków”.
- Gdyby po drugiej stronie nie było Jordana, wygralibyśmy - odpowiadał Bożidar Maljković, jugosłowiański trener PSG.
- Gospodarze byli w zdecydowanie lepszym położeniu. Oni są w trakcie sezonu od blisko dwóch miesięcy, my ledwie od 11 dni - mówił na konferencji Phil Jackson, trener „Byków”.
W drugim półfinale Olympiakos Ateny uporał się z argentyńskim Asociacion Deportiva Atenas de Cordoba. To oznaczało, że w finale rywalem „Byków” była drużyna ze stolicy Grecji. Finałowy mecz obejrzało blisko 14 tysięcy kibiców, a przed telewizorami zasiedli widzowie 164 krajów! To miała być trudna przeprawa dla Bulls, ale... nie była, bo nadspodziewanie łatwo rozprawili się z rywalami. Po pierwszej kwarcie mieli 10 punktów przewagi, a potem tylko ją powiększali. Skończyło się na wygranej różnicą blisko 30 oczek (104:78). Jordan odstawał od reszty - zdobył 27 punktów w 29 minut i znów był nie do zatrzymania! - Przyjechaliśmy tu wygrać i zrobiliśmy to - tłumaczył po meczu. - Czy to było dla nas specjalne przeżycie? Owszem, przyjazd do Paryża i występ tu były innym rodzajem ekscytacji. Ale zagraliśmy w stylu Bulls i to wystarczyło.
(bb)
