Wycieczka po Stamford Bridge

Chęć zwiedzenia stadionu wielkiego klubu jest silna. Czasem nawet wyłączająca rozsądek.

Tak Stamford Bridge prezentuje się z perspektywy murawy. Fot. Kacper Janoszka

ANGLIA

Będąc w Londynie, można zobaczyć mnóstwo atrakcji. Można odwiedzić Muzeum Historii Naturalnej czy Tate Modern. Można przejść się po Tower Bridge, zobaczyć Big Bena lub wsiąść do wagonika diabelskiego młyna London Eye. Można też… zwiedzać piłkarskie stadiony. Futbolowe kluby, których w stolicy Wielkiej Brytanii nie brakuje, organizują specjalne wycieczki po stadionach. Najbardziej utytułowanym stołecznym klubem w Anglii jest Arsenal. Jest też Chelsea, która mistrzowskich tytułów ma mniej, ale jako jedyny klub z Londynu zdobywała Ligę Mistrzów (i to dwukrotnie!). To właśnie ten fakt spowodował, że będąc w Anglii na początku grudnia, wybrałem się do dzielnicy Fulham (stadion Stamford Bridge nie znajduje się w... Chelsea), żeby przeżyć niesamowite emocje.

Wzruszające Wembley

Żyłem w przekonaniu, że zwiedzanie stadionu Chelsea z przewodnikiem będzie wyjątkowe. Sądziłem, że dowiem się ciekawych historycznych faktów, które mało kto zna. Moja wiara nie była bezpodstawna. Gdy kilka lat wcześniej odwiedziłem Londyn, udałem się na stadion Wembley. Przeżyłem wówczas fenomenalną, wzruszającą wręcz przygodę, dzięki której mogłem zobaczyć, za sprawą pięknych historycznych fotografii i świetnie zorganizowanej wystawy, jak wielcy sportowcy i ludzie stąpali po tej samej podłodze co ja. Ci, którzy opiekują się grupami zwiedzających, doskonale znają każdy szczegół stadionu. Opowiadają ciekawostki związane z każdym zakątkiem areny. Do tej pory wspominana – z wszelkimi szczegółami – jest pielgrzymka Jana Pawła II z 1982 r., gdy odprawiał mszę na Wembley dla 80-tysięcznej widowni. Gdy pozwolono mi na przejście przez tunel prowadzący na murawę, czułem się, jakbym był Lionelem Messim, który wychodzi na finał Ligi Mistrzów w 2011 roku.

Kwota otwierająca oczy

Niemądre byłoby sądzenie, że takich samych fantastycznych momentów doświadczę podczas zwiedzania Stamford Bridge. Pod względem historycznym obie areny dzieli wyrwa szerokości Wielkiego Kanionu. Nie oczekiwałem więc cudów, ale chciałem chociaż poczuć namiastkę emocji, które towarzyszyły mi na Wembley, wierząc w angielską solidność. Tymczasem pierwszy cios obuchem w głowę otrzymałem już przy recepcji, gdy kupowałem bilet na wycieczkę. W Londynie oczywiście trzeba liczyć się z tym, że nie jest tanio, niezależnie od tego, na co się wydaje pieniądze, ale kwota 30 funtów za wejście na stadion (na którym nawet nie jest w tym czasie rozgrywany mecz!) jest co najmniej szokująca. Dla porównania – zwiedzanie Wembley kosztuje aktualnie 25 funtów. Dlatego cena na stadionie Chelsea z jednej strony odpychała, a z drugiej podsycała wyobrażenie o tym, jak świetna będzie to wycieczka i jak bardzo poszerzę swoją wiedzę na temat klubu. Jakże byłem naiwny…

Krzywa murawa

Wycieczka rozpoczęła się w sektorze najzagorzalszych kibiców „The Blues”. Przewodnik, którego imienia niestety nie pamiętam, powiedział, że w tym miejscu się nie siedzi, tylko się stoi i kibicuje. I to właściwie tyle ze „wstrząsających” ciekawostek na pierwszym przystanku. Gdy mój znajomy, kibic Chelsea, zapytał przewodnika, skąd pochodzi metaliczny dźwięk, który słychać po zdobyciu gola przez ekipę ze Stamford Bridge w przekazie telewizyjnym (to znana wśród fanów „The Blues” ciekawostka), przewodnik-specjalista nawet nie wiedział, o co chodzi. Na Wembley – przepraszam za kolejne porównanie – przewodnik znał odpowiedź na każde pytanie, nawet... najgłupsze.

Następnie wraz z grupą udaliśmy się w stronę ławki rezerwowych. Mogliśmy usiąść na miejscu Enzo Mareski i podziwiać stadion z najniżej położonej jego części. Można było oczekiwać, że dowiemy się, który trener był najbardziej wybuchowy i nie mógł usiedzieć na miejscu. Czekałem na ciekawostkę związaną z tym, który zawodnik przesiedział na tej ławce najwięcej minut. To tylko przykłady opowiastek, o których marzyłem, żeby zostały mi zaserwowane przez przewodnika. Zamiast tego dowiedziałem się, że murawa na Stamford Bridge nie jest równa. Opada z obu stron boiska w stronę linii bocznych (najwyższy punkt znajduje się na środku), co usprawnia proces odprowadzania wody. Umówmy się – nie była to najbardziej wyszukana anegdota.

Zakaz picia alkoholu

Następnie sprawnym krokiem przeszliśmy z grupą do sali konferencyjnej. Tam – tak mogłoby się wydawać – działo się przez lata wiele. Trenerzy okazywali swoją wściekłość czy kłócili się z dziennikarzami. Niektórzy szkoleniowcy byli wybuchowi, a inni to oazy spokoju. Zakładam, że historii z konferencji prasowych można opowiedzieć multum. Tymczasem usiedliśmy na krzesłach, po czym otrzymaliśmy niezwykle cenną informację od przewodnika, że w tym miejscu… dziennikarze zadają pytania trenerom. Żeby dowiedzieć się czegokolwiek ciekawego na temat konferencji prasowych w Chelsea, musiałem dopytać przewodnika. Z racji tego, że delikatnie zasugerował, że pytania dziennikarzy często są wcześniej konsultowane z rzecznikiem prasowym, zapytałem o wyjaśnienie, w jaki sposób to działa. Dzięki temu dowiedziałem się, że w Chelsea przyjęło się, że dziennikarze dzień przed konferencją wysyłają rzecznikowi pytania. Ten akceptuje niektóre z nich i dzięki temu trener nie musi mierzyć się z kontrowersyjnymi tematami. Z ciekawości zapytałem „dlaczego?”. I wtedy dopiero otrzymałem ciekawostkę, która spełniła moje wymagania. Okazuje się, że przed laty podczas konferencji prasowych na Stamford Bridge serwowano dziennikarzom alkohol. Ci, którzy wypili go zbyt dużo, mieli tendencję do zadawania nieoczywistych, często niestosownych pytań. W końcu szkoleniowiec Rafael Benitez (w Chelsea od 2012 do 2013 r.) się wkurzył. Zakazał picia alkoholu i wprowadził zasadę akceptacji pytań. Uprzedzając fakty – to najciekawsza informacja, której dowiedziałem się podczas wycieczki.

Siostra Reece'a Jamesa

Prosto z sali konferencyjnej udaliśmy się do szatni gości. Wisiały w niej repliki koszulek piłkarzy, którzy grali na Stamford Bridge. Anegdota? Kiedyś w kranach nie było ciepłejwody, a teraz już jest. Kiedyś pomieszczenie było mniejsze, ale je powiększono. Tyle. Następnie przeszliśmy do szatni gospodarzy. To pomieszczenie przez lata przesiąknęło fenomenalnymi historiami. Tymczasem dla grupowych wycieczek miejsce to służy temu, żeby reklamować kobiecą drużynę Chelsea. Dlatego w szatni obok koszulek Joao Feliksa czy Jadona Sancho powieszone są trykoty Lucy Bronze czy Millie Bright. „Kojarzycie Reece’a Jamesa? Jego siostra Lauren także gra w Chelsea” – powiedział przewodnik, zaczynając i przy okazji kończąc „serię” anegdotek związanych z szatnią gospodarzy. Proszę, nie zrozumcie mnie źle – jestem orędownikiem tego, żeby jak najbardziej promować kobiecy futbol. Nie mam z tym problemu. Problem mam jednak z tym, że zapłaciłem 30 funtów po to, żeby zobaczyć kilkadziesiąt koszulek powieszonych na ścianie.

Sezonowe flagi

Chwilę później znaleźliśmy się w tunelu i mogliśmy przy akompaniamencie przejść przez niego w stronę murawy. Odczucia, które mi towarzyszyły, nie miały wiele wspólnego z emocjami, które czułem na Wembley, choć mogła być to już oznaka zniesmaczenia całością zwiedzania. Spod murawy udaliśmy się na ostatni przystanek, którym była południowa trybuna. Z tej perspektywy znów mogliśmy popatrzeć na stadion, dowiedzieć się, gdzie jest biuro ochrony i gdzie telewizyjne stacje mają swoje studio. Na tym wycieczka się w teorii zakończyła, bo zostaliśmy wprowadzeni do sklepu, w którym można było kupić, cokolwiek się chciało. To też tam był jedyny element muzealny na całej trasie wycieczki. Chodzi o puchary, które znajdowały się za szybą. Oczywiście, robią one wrażenie, ale nie oszukujmy się – od klubu, który dwukrotnie wygrywał Ligę Mistrzów, można było oczekiwać, że na szlaku do zwiedzania znajdą się jakiekolwiek historyczne zdjęcia, koszulki piłkarzy czy piłki, którymi zdobywano gole w ważnych meczach. W Chelsea najwidoczniej na wycieczkach się nie znają.

Cieszę się, że na stadionie byłem ze wspomnianym znajomym, który Chelsea kibicuje. Dzięki niemu delikatnie uzupełniłem swój niedosyt. Dowiedziałem się od niego, że fankluby „The Blues” wykupują miejsca na trybunach, żeby wywiesić swoje flagi. Dzięki temu znajdują się one w tym samym miejscu przez cały sezon. Nie są nawet zdejmowane po meczach. Koledze na szczęście za tę informację płacić nie musiałem.

W ten sposób oprowadziłem państwa po Stamford Bridge i przy okazji spowodowałem, że zaoszczędzili państwo 30 funtów. Będąc w Londynie, pieniądze te lepiej zainwestować w zwiedzenie Muzeum Shreka, które znajduje się w pobliżu London Eye.

Kacper Janoszka