Wspólny tydzień to dla nas wielkie święto

Rozmowa z Małgorzatą Leon, żoną Wilfredo Leona i prezeską fundacji jego imienia

Małgorzata Leon mocno angażuje się w prowadzenie fundacji. Fot. Facebook/Fundacja Wilfredo Leona

Skąd pomysł, by właśnie w Katowicach zorganizować Dzień Dziecka z waszą fundacją?

- Pomysł wyszedł od naszego współorganizatora, Sebastiana (Michalak, wiceprezes klubu Silesia Volley, propagator siatkówki – przyp. red.), który pochodzi ze Śląska i od lat działa przy organizacji turniejów. Po drugie Śląsk to serce polskiej siatkówki, a Arena Katowice jest idealnym miejscem na takie wydarzenie.

To pierwsza taka impreza organizowana przez państwa fundację?

- Tak, organizujemy to wydarzenie po raz pierwszy i mamy nadzieję, że dzięki przychylności miasta zakotwiczymy w Katowicach na dłużej, że impreza będzie cykliczna. Naszym celem jest popularyzowanie nie tylko siatkówki, ale sportu w ogóle. Stąd oprócz siatkówki będą także lacrosse i wędkarstwo. Naszym celem jest promowanie zdrowego trybu życia i rodzinnego spędzania czasu.
Podczas Dnia Dziecka pojawi się Wilfredo Leon? Spotkanie z nim byłoby sporym przeżyciem dla dzieciaków, ale też i ich rodziców?

- Oczywiście. Wilfredo będzie obecny drugiego dnia, w niedzielę. Pojawi się podczas turnieju Akademii Leona i Silesii Volley, a także weźmie udział w otwartym treningu z dziećmi, w którym ćwiczyć będą też podopieczni z domów dziecka.

Skąd w ogóle pomysł na założenie fundacji? To inicjatywa pani czy męża?

- Wspólna! Chcieliśmy, aby nazwisko Wilfredo niosło ze sobą nie tylko emocje boiskowe, ale też konkretne wartości. Jesteśmy rodzicami od kilku lat i chcemy dzielić się naszą świadomością, uświadamiając rodziców, jak ważne jest odpowiednie wychowanie dzieci.
Wspomniała pani o lacrosse. To dość nietypowy wybór – dlaczego nie na przydła tenis, w którym pani córka Natalia odniosła ostatnio spory sukces, wygrywając turniej dla dzieci do lat 11 w Łęcznej?

- Pomysł na lacrosse wyszedł od pana Sebastiana. Przyznam, że wcześniej nie za wiele wiedziałem o tej dyscyplinie, ale dokształciłam się, i teraz sądzę, że jest świetna. Połączenie piłki nożnej z hokejem, gra się na dużym boisku w 10-osobowych składach. Wierzymy, że każda dyscyplina zachęcająca dzieci do ruchu jest wartościowa. Poza tym zależało nam, aby promować nie tylko siatkówkę, która już jest wypromowana w całym kraju, ale i inne dyscypliny, właśnie takie jak lacrosse, który może wydawać się sportem nieco egzotycznym, ale będzie obecny na najbliższych igrzyskach olimpijskich.

Kolejną dyscypliną, którą będą mogli poznać dzieciaki podczas Dnia Dziecka to… wędkarstwo. Wędkujecie państwo?
- Wilfredo jest zapalonym wędkarzem, ja mniejszym. Lubi odpocząć w ten sposób, choć przy jego grafiku nie ma na to zbyt wiele czasu. Jest wędkarzem amatorem. Ceni sobie ciszę, spokój i kontakt z naturą, co pozwala mu się zrelaksować. Ma jednak naturę sportowca i nawet wówczas czuje żyłkę rywalizacji. Jest lekko niezadowolony, gdy nic nie złowi. Lubi się też chwalić swoimi zdobyczami.

A co dzieje się ze złowionymi rybami? Trafiają na patelnię?

- Wilfredo zwykle wpuszcza ryby do wody. Ale w kuchni radzi sobie całkiem dobrze. Wędkarstwa nauczył się na Kubie, ale tam wyglądało ono inaczej. To było wędkarstwo ekstremalne, bez wędki, na samą żyłkę z haczykiem w dłoniach, brodząc w morzu… Wiemy jak trudna była i jest sytuacja na Kubie. Wędkarstwo było sposobem na przetrwanie, na zdobycie pożywienia. W Polsce Wilfredo łowi głownie dla relaksu i na łowiskach komercyjnych, na których jest pewność występowania ryb. Czasami mu towarzyszę, ale dla mnie to hobby wymagające dużej wiedzy – kiedy i jaką rybę można złapać - a ja mam mniejsze doświadczenie.

Jak wygląda życie żony profesjonalnego sportowca, którego zwykle nie ma w domu?

- To trochę mit, że go nie ma. W sezonie ligowym to praca „od do” - rano trening, powrót do domu, potem popołudniowy trening i znów powrót do domu. A wyjazdy na mecze trwają zazwyczaj dwa dni, więc da się wytrzymać. Prawdziwe wyzwanie zaczyna się w sezonie reprezentacyjnym, gdy dominują długie zgrupowania i turnieje trwające po kilka tygodni. Wtedy faktycznie widujemy się bardzo rzadko. Do tego sezon reprezentacyjny zwykle jest w lecie, w trakcie wakacji. To też spore utrudnienie.

O wspólnych wakacjach można zatem tylko pomarzyć?

- Udaje się nam „urwać” na krótki wypad, ale grafik kadry i kalendarz szkolny dzieci jest bardzo trudno pogodzić. Przyznam, że często spędzam wakacje sama z dziećmi. Każdy wspólny tydzień to dla nas wielkie święto. Odcinamy się wtedy całkowicie od siatkówki i biznesu, ciesząc się sobą i m.in. wędkowaniem (śmiech).

Wilfredo uchodzi za zawodnika, który bardzo nie lubi przegrywać. Gdy wraca do domu po przegranym meczu jest nie do zniesienia?

- Faktycznie bardzo mocno je przeżywa i jest poirytowany, ale siatkarski kalendarz jest tak naładowany, że nie ma czasu na ich długie rozpamiętywanie. Wie, że następnego dnia musi wstać i robić swoje.

Pani mąż jest wicemistrzem świata z 2010 roku, jeszcze w barwach Kuby, a także wicemistrzem olimpijskim z Paryża, już jako Polak? Którą przegraną mocniej przeżył?

- Nie da się ich porównać. W 2010 roku reprezentacja Kuby była bardzo młoda, Wilfredo miał dopiero 17 lat, a jego koledzy byli niewiele starsi. Jako nastolatkowie byli „underdogami”, nikt na nich nie stawiał, więc medal był szokiem i wielkim sukcesem. Do Paryża natomiast jechał już jako faworyt. Po półfinałowej wygranej z Amerykanami marzenie było tylko jedno - złoto. Srebro można racjonalizować jako sukces po latach bez medalu, ale ból serca pozostał. Uważam, że to był najbardziej bolesny mecz w jego sportowym życiu.

A jak pani wspomina paryską grę o medale?
- Półfinał z Amerykanami to był prawdziwy emocjonalny rollercoaster - od negatywnych uczuć po euforię, a mecz finałowy z Francją bolał nas wszystkich bardzo mocno. Nie mam zamiaru go nigdy więcej oglądać i z tego co wiem, Wilfredo też go nie oglądał. To bolesne wspomnienie, bo wszyscy marzyliśmy o złocie. 

Mąż szykuje się już na Los Angeles? 

- To jego główny sportowy cel, który napędza go do działania. Ma już medale mistrzostw świata, Europy i Ligi Narodów - do kolekcji brakuje mu tylko olimpijskiego złota. Gdyby udało mu się je zdobyć w Los Angeles, na pewno zakończyłby karierę, bo byłoby to jej idealne zwieńczenie. Zrobi wszystko, by utrzymać najwyższy poziom do tego czasu, o ile tylko zdrowie mu pozwoli.

Rozmawiał Michał Micor


Sportowa zabawa

Areną Katowice w ostatni weekend maja (30-31.05.) zawładną najmłodsi. To będzie wyjątkowy Dzień Dziecka z Wilfredo Leonem. - Miałem przyjemność bliższego poznania się z Wilfredo i przekonania się, jakim jest niesamowitym człowiekiem, jak mocno pracuje, a jednocześnie jak bardzo jest dla wszystkich dostępny. Nasze rozmowy pokazały, że można zrobić coś więcej, oczywiście w ramach jego bardzo napiętego grafiku. Udało nam się w ten grafik wstrzelić i po wielu miesiącach dopiąć akcję - powiedział Sebastian Michalak, wiceprezes Silesia Volley, współorganizator imprezy.

Dwudniowe wydarzenie będzie pełne niesamowitych atrakcji. Będzie to połączenie siatkówki, wędkarstwa i lacrosse, bo Katowice odwiedzą m.in. reprezentantki Polski w tej dyscyplinie sportu. - Staramy się wykorzystywać nasze „pięć minut”. Lacrosse jest dyscypliną olimpijską i odważnie, ramię w ramię z siatkówką oraz wędkarstwem, będziemy na tej imprezie promować zdrowy tryb życia i oczywiście nasz sport - podkreśliła Anna Walas, prezeska Polskiego Związku Lacrosse.

Największą atrakcją powinien być jednak wspólny trening z Wilfredo Leonem,w ramach akcji „Zostań mistrzem”.

(mic)


 Wilfredo Leon zaprasza wszystkie dzieciaki na wspólny trening. Fot. Piotr Matusewicz/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się