Wrócimy na zwycięską ścieżkę

Rozmowa z Radosławem Murawskim, pomocnikiem Lecha Poznań

Radosław Murawski (z prawej) w starciu z Jarosławem Kubickim. Fot. Przemysław Szyszka/lechpoznan.pl

Do 75 minuty prowadziliście z Górnikiem, żeby zejść z boiska pokonani. Co się stało?

- Była to nasza pierwsza porażka w Ekstraklasie w tym sezonie. Przed meczem mówiliśmy sobie, że chcemy, żeby ta nasza passa trwała jak najdłużej, żeby nie było porażki. Widzieliśmy, że mecz będzie trudny. Górnik gra dobrą, ofensywną piłkę. Znaliśmy jego mocne strony. Mimo że wiedzieliśmy, w czym Zabrzanie są dobrzy, daliśmy się zaskoczyć. Czasami ten ułamek dekoncentracji sprawia, że tracisz przewagę. W pierwszej połowie nawet jak prowadziliśmy 1:0, to nie do końca byliśmy zadowoleni ze swojej gry, bo nie wychodziło nam wszystko tak, jak zakładaliśmy. Górnik odcinał nas od rozwiązań, szukaliśmy czegoś innego... Sezon jest długi i chciałoby się grać pięknie i wygrywać. Gdy przyjeżdża się do Zabrza i nie gra się tak, jak się zaplanowało, trzeba i tak zrobić wszystko, żeby wygrać. Będą się zdarzać brzydkie mecze, ale w nich przewagę też trzeba utrzymać.

Bramki, które straciliście, były praktycznie takie same. Rozegranie po waszej prawej stronie, dośrodkowanie i trafienie z kilku metrów...

- Dwa stałe fragmenty gry… Analizowaliśmy grę Górnika i wiedzieliśmy, że w tym elemencie jest mocny. Potwierdzili to przeciwko nam. Boli to, co się stało, bo do tego momentu wykluczaliśmy ich z tych sytuacji po stałych fragmentach. Ale też umówmy się – nie stworzyliśmy w tym sobotnim spotkaniu za wiele okazji. Nie daliśmy też sygnału, że chcemy. Za mało mieliśmy okazji z przodu.

Nie poszliście za ciosem dlatego, że Górnik wam nie pozwolił? Czy może to wynikało z waszej słabości?

- Nie chcę odbierać nic Górnikowi, bo zagrał dobrze, bardzo dobrze. Na pewno zasłużył na te dwie bramki swoimi akcjami. Bywają takie momenty, że jesteś stłamszony, w niskiej defensywie, ale nie oznacza to, że trzeba wówczas stracić bramki. My je w Zabrzu straciliśmy, więc to najbardziej boli. Nawet w tych najtrudniejszych momentach nie można pozwalać na takie straty.

Zszedł pan z boiska w 64 minucie, zresztą razem z też dobrze grającym Irańczykiem Allahyarem Sayyadmaneshem, potem zeszło kilku kolejnych graczy. Takie zmiany są konieczne? Nie dezorganizują gry? Jak pan na to patrzy jako doświadczony zawodnik?

- Są różne aspekty. To nie jest widzimisię trenera. Brane są pod uwagę różne rzeczy, o których wy, państwo, nie wiecie. Trzeba też pamiętać, że te mecze się na siebie nakładają, że są różne mikrourazy. Stąd trener wychodzi z założenia, że potrzebuje zawodników w stu procentach gotowych, a nie takich, którzy na coś narzekają i potem będziemy się zasłaniać albo tłumaczyć, że coś było nie tak. Potrzebujemy sto procent poświęcenia i zdrowia, żeby wygrywać!

Czy przy okazji wizyty na Górnym Śląsku był czas do zajrzenia do domu w Gliwicach?

- Terminarz jest tak ciasny, że nie ma za bardzo na nic czasu. Przed meczem brat przyjechał do hotelu odwiedzić mnie. Z tego się cieszę, bo wtedy z bliskimi mogę złapać kontakt. Na stadionie, ci którzy mogli, to byli, a inni zza miedzy może nie chcieli się wychylać (uśmiech).

Przed wami mecz z Crystal Palace w czwartek w Londynie, w Lidze Europy...

- To będzie inne spotkanie, bo każdy gra coś swojego. Teraz jest czas na analizę Crystal Palace, na zobaczenie, jak grają, czego się spodziewać. Mam nadzieję, że wrócimy na zwycięską ścieżkę.

Rozmawiał Michał Zichlarz


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Masz już dostęp? Zaloguj się