Wracają upiory

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Tylko naiwni mogli się łudzić, że miodowy miesiąc Jana Urbana przedłuży się do co najmniej roku. O ile po pechowo przegranym meczu ze Szwecją krytyczne głosy przypominały dalekie odgłosy grzmotów przed zbliżającą się burzą, to po towarzyskich spotkaniach z Ukrainą i Nigerią hejterzy ruszyli niczym husaria Sobieskiego pod Wiedniem. Dwa niewiele znaczące mecze zmieniły optykę wielu domorosłych komentatorów o 180 stopni. Nic im się nie zgadza - ani skład, ani zmiany, ani taktyka. Zachowują się jak sfrustrowany mąż, który na złote gody ma pretensje, że żona już nie tak powabna jak w noc poślubną . Dyletantów można i trzeba lekceważyć, gorzej, gdy nerwy tracą profesjonalni komentatorzy. Jeden z cenionych przeze mnie kolegów po piórze przypisał Urbanowi chorobę, którą sam wymyślił i nazwał „ selekcjoneriozą”. To raczej on sam zapadł na spopularyzowaną przez Lecha Wałęsę pomroczność jasną. Ja minione tygodnie naszego selekcjonera podsumuję inaczej: „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”, a na otuchę wątpiącym odpowiem: „nie od razu Kraków zbudowano”.

Po wspaniałym występie Mai Chwalińskiej w Paryżu zaroiło się w Polsce od koneserów i znawców tenisa. Nie będę udawał, że znam się na tej dyscyplinie, od tego mam byłego redakcyjnego kolegę ze „Sportu” Andrzeja Kostyrę i jego córkę Justynę, która pięknie komentuje występy naszych tenisistów w telewizji. Chór celebrytów prawdziwych i pomniejszych grzeje się w cieple zwycięstw dziewczyny z Dąbrowy Górniczej. Tylko główna bohaterka zachowuje skromność i przyznaje, że całkiem niedawno nie stać jej było na taki hotel, w jakim zamieszkali państwo z loży VIP. Czy rozradowana buzia redaktor Moniki Olejnik w kontekście sukcesu Mai kogoś interesuje? Znakomitą skądinąd dziennikarkę znamy raczej z gradowej miny, gdy nęka polityków. W chórze tych, którzy żabią nogę podstawiają, gdy konia kują, jedynie Zbigniew Boniek brzmi wiarygodnie. Sam świetnie gra w tenisa, jego zięciem był Vincenzo Santopadre, świetny zawodnik i jeszcze lepszy trener, którego wychowanek Mateo Berettini dotarł do finału Wimbledonu. Bawi mnie mianowanie się tenisistami przez brzuchatych panów w wieku andropauzoidalnym, którzy za grube pieniądze budują korty w zamkniętych rezydencjach. Dla dzieci z biednych rodzin droga na tenisowy szczyt jest bardzo wyboista. Trzeba mieć charakter Chwalińskiej, by ją pokonać. Sukcesy Świątek, Chwalińskiej, Hurkacza i Majchrzaka nie zmieniają faktu, że w porównaniu z czeskim polski tenis to kolos na glinianych nogach. Tam jeszcze za komuny w każdej mieścinie budowano asfaltowe korty, które później przerabiano na nowoczesne. Dzięki temu plejada Czeszek meldowała się w światowej czołówce. Gdy widzę Polaków z pierwszej setki najbogatszych, chwalących się tenisowymi sukcesami, to pusty śmiech mnie ogarnia.

W piłce nożnej jest inaczej, ale jakby podobnie. Sam grałem za dziecka w Turnieju o Złotą Piłkę na błoniach Stadionu Dziesięciolecia (dziś PGE Narodowy im. Kazimierza Górskiego). Przebieraliśmy się na podwórku, by pod wodzą udającego trenera dozorcy Wincentego Żołądka tramwajem na gapę zajechać na jedno z 30 boisk z resztkami trawy. Klimaty takich dziecięcych meczów o wszystko świetnie opisał Adam Bahdaj w kultowej powieści „Do przerwy 0:1”. Dziś natomiast mamy akademie za grubą kasę, dowożenie luksusowymi samochodami, buty za tysiaka i fryzury a la Ronaldo. Tylko pasji jakby mniej. Wyrywanie małolatów z rodzinnego i szkolnego środowiska uważam za szkodliwe. Szczególnie gdy z góry wiadomo, że żaden Lewandowski ani Zieliński z ancymona nie wyrośnie.

Mistrzostwa świata w mini-koszykówce trzy na trzy podbiły serca Warszawiaków i licznie przybyłych z całego kraju fanów basketu. Nie jestem zwolennikiem rozdrabniania dyscyplin sportu na kawałki, choć w koszykówce wersja mikro dobrze się sprawdza. Krótko trenowałem tę dyscyplinę i pamiętam, że w ramach przedmeczowej rozgrzewki graliśmy trzech na trzech pod jednym koszem. Dziś ta rozgrzewkowa zabawa stała się pełnoprawną dyscypliną sportu z olimpijską nobilitacją. W piłce nożnej odmiana plażowa, halowa (futsal) czy stołowa (teqball) bardzo się różnią od „dużego” futbolu; nie da się grać na wysokim poziomie w jedno, drugie i trzecie. W podobnym kierunku zmierza koszykówka, trudno z dużego parkietu zejść na mały i odnosić sukcesy. Łączenie obu dyscyplin kończy się tak, jak występy obu reprezentacji Polski na mistrzostwach pod Pałacem Kultury i Nauki, czyli porażką. Nie wrócą czasy, gdy legendarny Wacław Kuchar reprezentował Polskę w hokeju na lodzie, lekkiej atletyce, łyżwiarstwie szybkim i piłce nożnej. Był wielkim sportowcem, patriotą, wychowawcą i żołnierzem; o jego życiu powinno się uczyć w szkołach.

Puchar Tymbarku to impreza kochana przez media i PZPN, ale czy zmierza we właściwym kierunku? Słusznie ktoś skonstatował, że kiedyś grano pod hasłem „Z podwórka na stadion”, a dziś „Z zawodowej akademii na amatorski turniej”. Doszło do pomylenia pojęć, w myśl zasady „cel uświęca środki”. Liczy się tylko kolejny medal i grant finansowy, bo powszechne kiedyś dyplomy za uczestnictwo dziś budzą tylko pusty śmiech. Szkoda.

Kto jak kto, ale Zbigniew Boniek na tenisie się zna. Fot. IPA/SIPA USA/PressFocus

Klimaty dziecięcych meczów o wszystko świetnie opisał Adam Bahdaj w kultowej powieści „Do przerwy 0:1” . Na fotce bajtle, które idą za Ruchem. Fot. Marcin Bulanda / PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się