Wóz albo przewóz
Czy Stal Mielec w ostatniej chwili złapie się za jakieś drzewo rosnące nad przepaścią?
Ireneusz Mamrot uśmiechnie się szeroko, gdy Stal skończy sezon na 15., bezpiecznym miejscu. Fot. Artur Kraszewski/Pressfocus
STAL MIELEC
W przeszłości wielokrotnie zdarzało się, że drużyna po spadku z ekstraklasy traciła jakość, zapał, szczęście - i z hukiem lądowała jeszcze niżej. Nie mogąc się zebrać, nie mogąc pozbierać - przelatywała przez zaplecze ekstraklasy jak odpadki przez zsyp w dziesięciopiętrowym wieżowcu.
Teraz w ten sposób zsuwa się po równi pochyłej dwukrotny mistrz Polski z Mielca. W zeszłym sezonie spadł z ekstraklasy i dziś z tercetu spadkowiczów - a poleciał w towarzystwie Śląska i Puszczy - wiedzie się mu najgorzej. Śląsk Wrocław szybko zdołał się pozbierać, Puszcza przełamała kryzys, a Stal w tej chwili balansuje przy strefie spadkowej. Po każdym względem walczy o stabilizację i... przyszłość.
Osad na zębach
Ireneusz Mamrot nie należy do trenerów błyszczących w mediach, w sumie mu chyba nawet na tym nie zależy. Nie uchyla się od rozmów, ale nie szuka też efektownych fraz. Skupia się na robocie, tym bardziej że zdaje sobie sprawę, co wyróżnia tę ligę - tak podobną zresztą pod tym względem do starszej siostry, ekstraklasy: to nieprzewidywalność w czystej postaci. - Nigdy nie odnoszę się do statystyk. Masz gorsze - wygrywasz, lepsze - przegrywasz. Nie mają znaczenia, liczy się to, co w bramce - podkreśla, a egzemplifikacją jego słów jest ostatni mecz z Chrobrym Głogów, drużyną z czołówki, przegrany 1:2. - Szkoda, można było punkt przywieźć, a każdy punkt z wyjazdu to zdobycz - podsumował przytomnie Mamrot po ostatnim meczu. Jest typem szkoleniowca zdroworozsądkowego, nie rzuca wielkich słów i wie, co w sytuacji jego zespołu jest najważniejsze: trzeba zabezpieczyć ligowy byt. Mamrotowi chodzi o stworzenie drużyny, która wie, że na jedno nie może sobie absolutnie pozwolić: nie może tracić głowy w trakcie meczu; w sytuacji, gdy nie idzie, gdy wszystko może się posypać... A zauważa, że drużyny z dołu lepiej punktują, niż punktowały jesienią (przykładem rywal w walce o utrzymanie, czyli Górnik Łęczna, który np. ostatnio wygrał na trudnym terenie w Legnicy).
Stal rozpoczynała ligowym sezon najgorzej jak można - dostała łupnia u siebie od Wisły Kraków aż 0:4, coś takiego zostaje jak osad na zębach na cały sezon, brutalnie określa drużynę na starcie, weryfikuje prognozy i marzenia. Potem notowała gorsze i lepsze dni, rzuca się w oczy, że w tym roku kalendarzowym jest drużyną bezkompromisową: albo zwycięstwo (pięć razy), albo porażka (cztery). Tylko raz skończyło się remisem (z głównym rywalem w walce o utrzymanie - Łęczną). Jednak po ważnym zwycięstwie miesiąc temu nad Wieczystą Kraków, które pozwoliło opuścić strefę spadkową, w Mielcu pojawił się nowy optymizm. Wiadomo jednak, że sytuacja ciągle jest trudna. Wydaje się na tę chwilę, że walka o uniknięcie spadku rozstrzygnie się właśnie między Stalą, a wspomnianą Łęczną, która wczoraj otwierała kolejkę grała w Pruszkowie.
Satelita nie w kosmosie
Po spadku z ekstraklasy mielecki klub musiał zmierzyć się ze stratą rzędu 10 milionów złotych. Złe doświadczenia i trudna sytuacja, rodzą dziwaczne pomysły. Za taki uznaję stanie się klubem... satelickim. Coś jak Pogoń Grodzisk Mazowiecki dla Legii Warszawa... To obiektywnie nie jest głupi pomysł, ale w tym wypadku mnie tego rodzaju rozwiązanie - dla takiego akurat klubu jak Stal, byłego mistrza Polski w złotych latach naszej piłki, drużyny wielkich piłkarzy z królem strzelców mistrzostw świata na czele - zwyczajnie sprawia przykrość... Nie wypada, żeby taki klub jak Stal stał się jedynie „zapleczem”. Z drugiej strony - jeśli bezlitośni pragmatycy zapytają co lepsze: klub-filia czy bankructwo i gra w okręgówce - bezradnie rozłożę ręce.
Paweł Czado
