Władzy raz zdobytej...

Bez rozgrzewki


Andrzej Grygierczyk


Władzy raz zdobytej...


Sprawy urzędowo-administracyjne zapewne nie za bardzo naszych Czytelników interesują, ale nie powinno się ich lekceważyć, bo ich konsekwencje jakimś rykoszetem zawsze mogą walnąć - w każdego, również na gruncie sportu. Uprasza się usilnie zatem nie traktować jako skończonego banału informacji, że oto Polski Komitet Olimpijski zamierza wprowadzić zmiany statutowe, z których na plan pierwszy wybija się wola ulokowania prezesa tej organizacji nie na kadencję czteroletnią, a na ośmioletnią - o czym poinformowała Wirtualna Polska. Każdą tego typu zmianę można oczywiście uzasadnić na wszelkie możliwe sposoby, w tym akurat przypadku, że szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego też jest wybierany na ośmioletnią kadencję. Najwyraźniej ten polski szef chciałby swoistego symetryzmu, bo wtedy nasz rodzimy ruch olimpijski będzie jakby lepiej odpowiadał na międzynarodowe wyzwania. Tu złośliwość: jak wiadomo, kadencja czteroletnia bardzo w minionych latach bruździła i sytuowała polski ruch olimpijski na marginesie ruchu światowego. A poważniej: usankcjonowanie tych zmian - miałoby to nastąpić 19 grudnia br. - dałoby obecnemu prezesowi, Radosławowi Piesiewiczowi, który pełni tę funkcję od kwietnia br., nie osiem, a dziewięć i pół roku rządzenia, aż do 31 października 2032. Tak się składa, że zmianę popierają ci, co są bardziej w środku - na przykład wiceprezeska PKOl, Otylia Jędrzejczak - a są jej przeciwni ci, co na zewnątrz, jak na przykład Jagna Marczułajtis-Walczak, co nie dziwi tym bardziej, że snowboardzistka jest posłanką Koalicji Obywatelskiej, której nie po drodze z prezesem PKOl. Patrząc od strony czysto sportowej, Radosław Piesiewicz życiorys ma nie najgorszy; udzielał się w siatkówce, a potem był szefem Polskiego Związku Koszykówki, więc odróżnia dyscypliny od siebie. Choć przed tym, jak „nastał” w sporcie, niewielu go znało. Ale ten brak rekomendacji wkrótce okazał się mało ważny. Problem w tym, że jest on jednoznacznie kojarzony - i powiązany - z odchodzącą władzą, a więc PIS-em, a dotychczasowe miesiące swojej prezesury znaczył pojawiającymi się co rusz informacjami o kolejnych kontraktach PKOl-u ze spółkami Skarbu Państwa. Sam ten fakt oczywiście trudno uznać za naganny, bo polski sport łaknie wsparcia jak kania dżdżu, a nadto dotychczas miał opinię biura podróży, zajmującego się głównie organizacją przejazdów na igrzyska olimpijskie i pośredniczeniem w szyciu strojów dla reprezentantów Polski. Trudno jednak uznać za zbieg okoliczności, że w ciągu kilku miesięcy kadencji Piesiewicza podpisano umowy sponsorskie z Orlenem, Lotto, Eneą, Krajową Grupą Spożywczą, Tauronem, PKP Intercity i PKP Cargo oraz - całkiem niedawno - z Jastrzębską Spółką Węglową. Tyle narodowego dobra naraz... Prezesowi Andrzejowi Kraśnickiemu, szefowi PKOl w sumie przez 13 lat, tak długo nie udawała się ta sztuka; no i w sumie się nie udała, a on sam w końcu zrezygnował z walki o prezesowski mandat.  Niech ktoś powie, że tu na kilometr nie pachnie (?) polityką? Tym bardziej że - jak się wydaje - nie da się powiedzieć na przykład o PKP Cargo, że jest spółką bardzo rentowną, a i o górnictwie powiada się, że jest na skraju przepaści, bo węgiel tanieje z dnia na dzień, a wraz z nim rentowność wszelkiego typu górniczych zakładów. No i z prądem (Tauron, Enea) diabli wiedzą, co się zaraz stanie. Przygniotą nas jego ceny? No ale gdy tak sobie gruntowniej poczytać o PKOl-u i okolicach. łatwo się natknąć na informację, że prezes Piesiewicz jest człowiekiem wszechmocnego Jacka Sasina, do niedawna wicepremiera, a jednocześnie ministra aktywów państwowych. I to stanowi(ło) o jego sile. No bo przecież wypłynął w czasach, gdy rządził PIS. Można przyjąć, że wyniki wyborów z 15 października były Piesiewiczowi i jego przybocznym bardzo nie w smak. Opcja, która wyniosła go do władzy, przegrała. Nie wiadomo jeszcze, jakie konsekwencje będzie to miało dla różnych instytucji i organizacji, ale wiele ruchów, które obecnie się odbywają, sprawia wrażenie - jak to się modnie mówi - betonowania swoich ludzi, swoich układów, pewnie i nieswoich budżetowych pieniędzy. Biorąc to pod uwagę, zapewne niebawem stoczona zostanie niejedna bitwa. Dużo jest tych pól bitewnych i wciąż rodzą się nowe, o czym właśnie świadczy przykład PKOl-u. A wszystko dlatego, że wciąż żywa jest zasada, iż „władzy raz zdobytej nie oddamy już nigdy” - jak mawiał pewien klasyk, który z polityki odszedł w niesławie.