Wisienka

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

Od sezonu 2013/ 14 każdy mecz finału Pucharu Polski jest rozgrywany zawsze tego samego dnia, w tym samym miejscu: 2 maja na Stadionie Narodowym. Niezmiennie uważam za to za... złe rozwiązanie, wręcz szkodliwe. Tym razem nie chcę się jednak skupiać na przekonaniu, że ten mecz nie powinien być przywiązywany do jednego miejsca, a raczej na tym, że nie powinien być przywiązany do jednego terminu - z konkretnego powodu. 

Sztywne terminy mają jeszcze takie kraje jak Finlandia, Norwegia albo Wyspy Owcze. Większość krajów - jak Niemcy, Hiszpania, Włochy, Francja nie mają stałej daty. W Anglii finał FA Cup tradycyjnie odbywa się w sobotę po zakończeniu Premier League.

Tym razem nie skupiam się nawet na tym, że finał powinien być zwieńczeniem całego sezonu, swoistą wisienką na torcie - choć rzeczywiście uważam, że powinien. To można jednak uznać jedynie za rytuały i zwyczaje, więc nie każdy musi im się poddawać, nie każdy musi je doceniać czy wręcz lubić, może to być dla niego całkowicie obojętne. Istnieje jednak ważniejszy, w mojej opinii, argument za takim rozwiązaniem sprawy. 

Chodzi o pośredni wpływ rozgrywek pucharowych na rozgrywki ligowe. Otóż wiadomo, że liga idzie własnym torem, a krajowy puchar - własnym. Tak przynajmniej być powinno. I tak byłoby według mnie, gdyby finał odbywał się po zakończeniu ligowych rozgrywek. O co mi chodzi?

W obecnych czasach absolutną potrzebą, celem, czy marzeniem naszych klubów stał się start w europejskich pucharach. Powód jest oczywisty. Nie chodzi jedynie o sportową rywalizację; takie starty przynoszą bowiem startującym duże, a jeśli bardzo dobrze pójdzie w rozgrywkach - ogromne pieniądze. W naszych realiach to czynnik niebagatelny. Okoliczności mogą jednak rodzić dziwaczne sytuacje. Weźmy pod lupę choćby taką: twój klub rywalizuje o utrzymanie w lidze z innym klubem. Rywal w następnej kolejce natrafia akurat na drużynę, która przed chwilą zdążyła wywalczyć krajowy puchar, którego finał, siłą rzeczy, odbył się jeszcze przed zakończeniem ligi. Wiadomo, że w szeregach triumfatorów pojawia się rozprzężenie, nie ma przecież siły, żeby się nie pojawiło... W takiej sytuacji, klubowi walczącemu o utrzymanie łatwiej zdobyć z tego rodzaju zaspokojonym przeciwnikiem punkty albo przynajmniej punkt, bo ten nie musi już więc walczyć o cel do utraty tchu poprzez ligowe rozgrywki (jeśli nie jest zagrożony degradacją oczywiście, ale takie sytuacje zdarzają się rzadko). Nie mam zamiaru komukolwiek odmawiać sportowej postawy; chodzi jedynie o to, że jakaś drużyna osiągnąwszy cel nie ma już potrzeby walki na maksa o międzynarodowe rozgrywki w inny sposób. Ktoś powie, że wymyślam, ale przecież tego rodzaju ewentualność jest możliwa i zwyczajnie niesprawiedliwa. Chodzi o to żeby jej unikać. 

Jeszcze jedno: kontrargumenty za sztywną jednak datą finału Pucharu Polski zupełnie do mnie nie przemawiają. Ma niby chodzić o to, że stały termin sprzyja budowaniu marki tego wydarzenia, że zapewnia akurat atrakcyjny moment, gdy dużo ludzi ma wolne (dzień po Święcie Pracy i dzień przed Świętem Narodowym Trzeciego Maja),a to pomaga przecież w przyciągnięciu na Stadion Narodowy kompletu widzów. To jest jednak jedynie przecież interes Stadionu Narodowego, czy też PZPN, a nie całego kraju.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się