Wiosenny optymizm

Po zwycięstwie w Łodzi Odra Opole opuściła strefę spadkową.

Tomasz Przikryl (z lewej) „skaleczył” drużynę ŁKS-u jeszcze zanim upłynęła minuta gry. Fot. Artur Kraszewski/PressFocus

ŁKS Łódź niemal od 70 lat nazywany jest „Rycerzami wiosny”. W tym roku jednak „przywitania wiosny” łodzianie nie będą wspominać zbyt miło, za to ich sobotni rywale, czyli piłkarze Odry Opole, mogą się cieszyć z nadejścia nowej pory roku. Na jej przywitanie zespół prowadzony przez Jarosława Skrobacza otworzył bowiem nowy i nowoczesny stadion, remisując 1:1 w towarzyskim spotkaniu z walczącym o awans do Bundesligi zespołem 1. FC Magdeburg, a w 25. kolejce wygrał wyjazdowy mecz z ŁKS-em Łódź 2:1. Kibicom śledzącym rywalizację na zapleczu ekstraklasy nie musimy przypominać, że opolanie walczą o utrzymanie i w starciu z aspirującymi do czołowych lokat łodzianami nie byli faworytami.

Mocno schowani

Potwierdzają to zresztą liczby z tego spotkania. ŁKS miał 66 procent posiadania piłki, oddał 16 strzałów, z których sześć było celnych i wykonał 7 rzutów rożnych. Natomiast goście uderzali 11-krotnie, z czego 3 razy celnie i mieli jeden korner. - To był mecz o dużym ciężarze gatunkowym - powiedział na konferencji prasowej trener opolan Jarosław Skrobacz. - I dla gospodarzy, i dla nas punkty są bardzo ważne. Mieliśmy do siebie troszeczkę uwag o grę w 1. połowie. Wbrew temu, co sobie zakładaliśmy, szybko strzelona przez nas bramka nie pomogła nam. Spowodowała, że graliśmy za bardzo cofnięci. Nie potrafiliśmy się utrzymać przy piłce, bo po odbiorze wkradała się nerwowość tak jakbyśmy chcieli od 1 minuty utrzymać wynik, a to się przy takiej postawie nie może udać. I strata bramki w końcówce 1. połowy to była właśnie konsekwencja takiej zaplanowanej gry ŁKS-u, który często i mocno zmieniał strony ataków, a my nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić. Byliśmy mocno schowani i czekaliśmy w polu karnym, więc zostaliśmy ukarani.

Inne podejście

Opolanie otworzyli wynik w 35 sekundzie, po akcji sfinalizowanej przez Tomasza Przikryla. Czech po zagraniu Szymona Kobusińskiego wbiegł w pole karne i z 11. metra płaskim strzałem trafił w długi róg. Później Artur Haluch kilka razy ratował opolan od straty gola, ale skapitulował w 12 sekundzie doliczonego czasu gry 1. połowy, której bilans: 10:3 w strzałach i 5:1 w celnych oraz 6:0 w rzutach rożnych pokazuje, że mający 71 procent posiadania piłki łodzianie po prostu dopięli swego. - Druga połowa to już jednak nasze inne podejście do meczu – dodał szkoleniowiec Odry. - Dobrze weszliśmy w grę, bo już w 1 minucie Szymon Kobusiński, a następnie Dawid Czapliński, mieli naprawdę kapitalną sytuację, żebyśmy znowu wyszli na prowadzenie. Zupełnie odmieniliśmy to spotkanie. Potrafiliśmy już dłużej utrzymać się przy piłce i stworzyć kolejne okazje. A przede wszystkim wychodziliśmy wyżej do ŁKS-u. Nie pozwoliliśmy na swobodne rozgrywanie, na to, żeby wrzucali nam dużo piłek w nasze pole karne. Do tego dodaliśmy bramkę po dobrej indywidualnej akcji Konrada Nowaka, „zamkniętej” przez Szymona Kobusińskiego. Myślę, że później już do końca ŁKS za bardzo nam nie zagroził.

Rajd Nowaka

Dodajmy jeszcze do tych słów opis akcji dającej zwycięstwo. Ustawiony na prawej pomocy Nowak przebiegł bowiem z piłką niemal od linii środkowej aż do pola karnego i po wbiegnięciu na 14 metr uderzył płasko w kierunku długiego słupka, gdzie Kobusiński z najbliższej odległości dopełnił formalności, pakując futbolówkę wślizgiem do pustej bramki. Nie było to wprawdzie tak efektowne trafienie jak w meczu z 1. FC Magdeburg, ale ważniejsze. Zapewniło bowiem zwycięstwo i sprawiło, że Odra – mając jeden mecz mniej od rywali, bo zaległe spotkanie ze Stalą Rzeszów rozegra 23 kwietnia – opuściła „czerwoną strefę” i z wiosennym optymizmem czeka na kwietniowe spotkania.

Jerzy Dusik