Wiocha Cracovii
Rozmowa z Alanem Urygą, kapitanem Białej Gwiazdy
Urodzony i wychowany w Krakowie Alan Uryga marzył o zwycięstwie nad Cracovią. Fot. Michał Kędzierski / Press Focus
Zwycięstwo w derbach smakuje wyjątkowo?
- Życzyłbym sobie, żeby każdy mecz kończył się w taki sposób. W derbach wynik jest ponad wszystko. Dopisujemy trzy punkty i reszta mnie nie interesuje. Derby są jak finały, trzeba je wygrać. Gdyby przed meczem ktoś powiedział, że wygramy 1:0 po bramce samobójczej lub 5:4 po moich dwóch samobójach, brałbym to w ciemno. Marzyłem o takim wyniku, marzyłem o zwycięstwie. Bardzo się cieszę.
W pierwszej połowie byliście lepsi, ale po przerwie zabrakło wam trochę utrzymania się przy piłce.
- Zabrakło nam przede wszystkim spokoju. Jestem przekonany, że przy naszej jakości piłkarskiej, którą pokazywaliśmy w tym sezonie, powinniśmy kontrolować mecz. Daliśmy się wciągnąć w prostszą grę - mecz walki, bardziej agresywne widowisko. Jeśli mogę czegoś żałować, to właśnie tego. Jest zwycięstwo i o to chodzi w derbach. Zrzucam to trochę na karb wagi tego meczu.
W końcówce Mateusz Klich za kopnięcie Jeremy'ego Guillemenota obejrzał czerwoną kartkę...
- Nie chcę powiedzieć czegoś głupiego, żeby potem nie było nagłówków, ale było to absolutnie skandaliczne zachowanie. Jakieś dziwne zagranie pod publiczkę. Może dlatego, że Cracovia przegrywała? Może wierzyła w odwrócenie losów meczu, ale chyba nie do końca. To był akt desperacji, żeby po meczu rozeszło się wśród kibiców, że „ja walczyłem, skopałem Wiślaka i zrobiłem swoje”. Myślałem, że Mateusz jest troszeczkę rozsądniejszą osobą.
Wydaje się, że wy bardziej chcieliście grać w piłkę, a Cracovia skupiła się na walce.
- Jestem bardzo dumny z chłopaków, że utrzymaliśmy wysoki poziom agresywności, ale takiej pozytywnej - nie mówię tu o chamskich zachowaniach. Nie odstawialiśmy nogi, a to nie zawsze było takie oczywiste ze względu na specyfikę naszej drużyny. Dźwignęliśmy to mentalnie, a także pod względem boiskowej walki i agresji.
Po kartce dla Klicha pan starł się z Karolem Knapem. Sędzia was oszczędził?
- Ręce poszły w ruch u każdego. Zbulwersowało mnie to, że Klich odstawia taki numer, a pierwsi na murawie pojawiają się ludzie z ławki Cracovii i zgłaszają jakieś pretensje, jakby chcieli coś ugrać. To też było zagranie pod publiczkę. Wiocha.
Pan zareagował w obronie drużyny?
- Tak, zawsze tak działam w obronie kolegów. Kiedy widzę, że z ławki wbiega rozpędzony zawodnik i próbuje wariować, staram się mu delikatnie wyperswadować, że w tym momencie jego miejsce jest poza boiskiem.
Duża to rzecz wysłuchać po końcowym gwizdku „Time to say goodbye” i powiedzieć Wisła Pany?
- Wielka rzecz! Marzyłem o tym, żeby spotkanie zakończyło się naszym zwycięstwem. Była długa przerwa w meczach derbowych, a ja sam tylko raz miałem okazję cieszyć się ze zwycięstwa nad Cracovią. Mógłbym tak wymieniać dalej, bo powodów do radości jest wiele.
W tej rundzie jeszcze nie wygraliście na wyjeździe, ale jeżeli pokonacie Motor, to zanotujecie komplet zwycięstw u siebie.
- Jeśli mamy mówić o małych celach, to brak zwycięstwa na wyjeździe ciąży nam najbardziej. Zbudowaliśmy twierdzę u siebie, ale musimy zacząć punktować u rywali, jeśli chcemy myśleć o czymś więcej niż spokojne utrzymanie.
Rozmawiał Michał Knura
