Wietrzenie Igi, czyli lotnisko niech poczeka

MUCHA NIE SIADA - Tomasz Mucha

Świątek, piątek i niedziela – a wcale, że nie, bo jedna z najwspanialszych sportsmenek XXI wieku właśnie odmówiła gry w polskiej reprezentacji, potrzebuje czasu dla siebie. Ma prawo? Zdecydowanie! Żyjemy mimo wszystko w cywilizowanym świecie, niewolnictwo we współczesnym sporcie to tylko w NBA (Luka, jak tam w LA? Zdążyłeś zabrać bambetle z Dallas?). Iga Świątek jest postacią tak niezwyczajną, że zasługuje na szczególne względy, nawet gdy rykoszetem obrywa nasza duma narodowa, a zwłaszcza okazja do szydery tych wszystkich kibicowskich Januszów, naśmiewających się z każdej porażki do niedawna tenisistki numer 1 na świecie: Ale jest słaba! Już się skończyła! Zarobiła, co swoje, to już jej się nie chce! I w ten deseń – zużyte do cna frazy można mnożyć, tylko po co...

Jak widać, będę bronił zapadniętą piersią dziewczyny z Raszyna, nawet jeżeli zawsze mam mieszane uczucia, gdy interes osobisty uznanego sportowca bierze górę nad obowiązkiem patriotycznym. Na szczęście nasi wspaniali sportowcy-żołnierze, którymi tak ostatnio obrodziło, nie muszą jeszcze – i oby nigdy! – iść na front i strzelać amunicją prawdziwą, ich polem walki wciąż jest boisko, ring, mata, bieżnia, basen czy kort. I skoro ojczyzna wzywa, to na powołanie trenera trzeba się stawić i walczyć do upadłego o zwycięstwo…

No ale nie zawsze trzeba, pomijając fakt, że z autorytetem Dawida Celta, kapitana drużyny polskich tenisistek, liczą się może tylko kumple z okienka, ewentualnie garstka kibiców kopaczy Rakowa. Przecież wiadomo, że Iga nigdy nie grała z powodu Celta, dla Celta, a nawet przeciw Celtowi, więc trudno było liczyć, że Celt  kogoś o pozycji Świątek do czegokolwiek przekona, jak choćby: Iga, no weź zagraj w tym Radomiu, mączkę nawet specjalnie pod ciebie usypali, lotnisko postawili… No jakoś nie.

Ale zostawmy w spokoju człowieka. Niestety, Iga jest w tej nieszczęsnej roli, że to na niej wszystko wisi – dość przypomnieć niedawne finały Billie Jean King Cup w Maladze i United Cup w Sydney. Tam nas powiozła hen, daleko, do półfinałów i samiuśkiego finału, bez niej nasi dzielni tenisiści dzieliliby status trawiastych pieszczochów, co to marzą płonnie „o wyjściu z grupy”.

Niestety, Iga jest w tej nieszczęsnej roli, że to na niej wszystko wisi... Fot. IMAGO / Press Focus

Gdyby Świątek była siatkarką, koszykarką czy piłkarką, byłoby jej łatwiej – odpowiedzialność i presja rozkładają się na pięć, sześć czy jedenaście, więc proporcjonalnie są mniejsze. Wypada jedna, zastępuje ją inna, całość jakoś się klei. Ale w tenisie, gdzie zawody „drużynowe” polegają na zsumowaniu meczów indywidualnych lub w parach, brak najlepszego ogniwa burzy wszystko. Nigdzie taką bujdą nie jest ćwierćprawda, że nie ma ludzi niezastąpionych. Otóż są – na korcie na pewno. No ale co w sytuacji, gdy ta niezastąpiona zwyczajnie ma chwilowo dość – być może nawet całego świata? Też musi wskakiwać w dres z orzełkiem?

Stało się, że najtęższe polskie umysły – od dietetyki po psychiatrię – dumają, co się dzieje z naszą Igą, dlaczego już nie wygrywa wszystkiego. Padają różne diagnozy i sugestie, czasem mądre, czasem mniej – jedni chcą przewietrzenia, inni zamknięcia, jedni więcej relaksu, inni więcej treningu, jedni grania na okrągło, inni urlopu i czasu na pierogi. Splot czynników jest zapewne złożony. Mój domowy – żeński – vox populi podpowiada: słuchaj stary, laska ma 23 lata, ona nie ma życia prywatnego, nawet jak wygrywa, to ma zaciśnięte zęby, ciągle tylko turnieje, kolejne mecze, cele, rankingi, zwycięstwa; ostatni raz beztroską widziałam ją, jak była na koncercie Taylor Swift, jakiś rok temu. Więc daj dziewczynie pooddychać, załapać balans!

No dobra… Więc Iga! Airport w Radomiu może poczekać jeszcze z rok. Ale spiesz się, bo wiesz, świątek, piątek i niedziela!