Wieś tańczy i śpiewa

Powrót do korzeni, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Mniej lub bardziej uzasadnione ataki na polskich sędziów piłkarskich wyraźnie ucichły w konfrontacji z zawstydzającymi występami naszych topowych klubów na międzynarodowej i krajowej arenie. Legia i Lech to wielkie firmy, przynajmniej w mniemaniu ich licznych fanów. Po żenadzie w Celje, Madrycie, Warszawie i Gdyni do tego rzeczownika koniecznie trzeba dodać zdrobnienie, teraz to co najwyżej firemki. Potwierdza się stara prawda, zgodnie z którą zła karma wraca. Naśmiewanie się z ubóstwa szatni klubu Rayo Vallecano przyniosło walecznym Hiszpanom z madryckiego przedmieścia więcej sympatii niż ich poznańskim rywalom. „Res sacra miser" (ubóstwo  jest rzeczą świętą) głosi napis po łacinie nad wieloma katolickimi świątyniami, dedykuję go autorom bezsensownego komentarza na klubowej stronie Lecha, na szczęście szybko sprostowanego przez czujnego rzecznika prasowego. Jak w starym dowcipie portfel się co prawda odnalazł, ale niesmak pozostał. Najwięksi wirtuozi futbolu zaczynali kariery na twardych, nierównych boiskach, często przebierali się w szatniach gorszych niż ta w Vallecano i kąpali w przepływającej obok rzeczce. Po meczu juniorów Polska - Norwegia w Łomży austriacki arbiter był oczarowany grillem przy piwku nad Narwią, choć niejeden bankiet miał za sobą. To nie loże i wypasione szatnie rajcują kibiców, a jakość piłkarskiego spektaklu, co w meczu Rayo - Lech zdecydowanie się potwierdziło.

Kibice Legii to ludzie świętej cierpliwości, na mecz z wykpiwaną w stolicy Termaliką Bruk-Bet Nieciecza przyszło ich ponad 20 tysięcy. Czyli 30 razy więcej niż liczy populacja urokliwej wioski niedaleko Tarnowa, skąd wywodził się niedzielny rywal. Legioniści dostali już nie tylko pstryczka w nos, a potężnego sierpowego na szczękę. Dla neutralnego fana futbolu to miód na serce – takie niespodzianki dodają kolorytu rywalizacji, a niepozorny Dawid zawsze będzie budził więcej sympatii niż buńczuczny Goliat. Kolejny raz wyrażam szacunek dla państwa Danuty i Krzysztofa Witkowskich, którzy w maleńkiej wiosce zbudowali potężne zjawisko społeczne, o którym pisano w całej Europie. Tu nawet nie chodzi o trzykrotne awanse do krajowej elity, zwycięstwa nad Legią, Jagiellonią, Górnikiem czy Lechem, a o konsekwencję, determinację i zapewnienie wspaniałej rozrywki ludziom na co dzień od niej oddalonych. Widok setek dzieciaków z podtarnowskich miejscowości trenujących na pięknych boiskach w pomarańczowych koszulkach ze słonikiem to czysta radość. „Wieś tańczy i śpiewa" – ironizują wielkomiastowi, zapominając, że to był tytuł kultowej audycji radiowej popularyzującej sztukę ludową, na której opiera się cała polska kultura z muzyką Fryderyka Chopina na czele. W Przysusze uczczono nawet słynnego etnografa Kolberga, nazywając miejscowy klub Oskar. Nieciecza ma też najlepszych w Polsce kibiców, którzy sami siebie nazwali „nieliczni- fanatyczni" i w sile stu ludzi jeżdżą po kraju jak kiedyś wspomniany Kolberg. Obrażania, wulgaryzmów, agresji ani chamstwa od nich nie uświadczysz.

Zgodnie z obietnicą wracam do książki Dariusza Szpakowskiego. Warto po nią sięgnąć nie tylko dla pysznych anegdot czy wspomnień o wielkich ludziach. Także dla zrozumienia, jak trudna jest praca telewizyjnego komentatora. To nie są tylko dwie godziny kontaktu z widzem, a tygodnie przygotowań, wertowania archiwów, weryfikowania informacji, zdobywania zaufania trenerów i zawodników. Kiedyś pomagałem Szpakowskiemu podczas transmisji finału piłkarskiego turnieju olimpijskiego w Atlancie. Dałem plamę, wyrokując, że Nigeria już nie odrobi strat w meczu z Argentyną. Tymczasem w końcówce „Zielone Orły" wyciągnęły wynik na 3:2 i zdobyły złoty medal. Nie dziwię się, że Dariusz już nigdy takiego jak ja „eksperta" nie zaprosił. Zrehabilitowałem się, wspomagając przy mikrofonie katowickiego odpowiednika „Szpaka", czyli Andrzeja Zydorowicza, też komentatora wybitnego. Gdy, relacjonując mecz Austriaków na mundialu, pomylił trenera Prohaskę z napastnikiem Polsterem, podsunąłem mu klasyczną „ściągawkę" i uchroniłem od trwania w błędzie.

Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy to bez wątpienia ta, którą Cezary Kucharski toczy z Robertem Lewandowskim. Kiedyś byli kolegami z boiska, dziś są śmiertelnymi wrogami. Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o pieniądze, w tym wypadku ogromne. Poza obrotnymi prawnikami nikt tej wojny wizerunkowo nie wygra. A mecenasi, jak wiadomo, działają w myśl zasady, że im dłużej sprawa się ciągnie, tym lepiej dla nich. 2 plus 2 nie zawsze równa się 4. 

Czytam książkę Magdaleny Majcher „Frela” (to śląskie określenie młodej kobiety). Rzecz dzieje się w Teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach i na okolicznych ulicach, wspomniany jest nawet nasz kochany „Sport" mieszczący się wtedy naprzeciw teatru. Wróciły do mnie piękne wspomnienia ludzi, zdarzeń, emocji. Aż się prosi, by kolejny kryminał pani Magdaleny nawiązywał do sportowych realiów regionu. Kocham teatr, ale futbol nie mniej, a moi redakcyjni koledzy z pewnością posłużą pisarce cennymi radami.

Wszyscy wiedzą, że Jan Urban to niespotykanie spokojny człowiek. Życzę mu, by pojutrze żaden Holender nie zakłócił mu tego spokoju, doprowadzając polskich kibiców do łez. Dużo ważniejszy jest następny mecz na Malcie, tam zwycięstwo będzie obowiązkiem, a z Holandią byłoby (będzie?) tylko i aż słodkim deserem przed daniem głównym. U mnie na Kaszubach tak się właśnie jada: słodki deser przed zupą i schabowym. Dziwne, prawda? Marzy mi się kilka bramek Roberta Lewandowskiego w nadchodzącym dwumeczu. Nie na złość Kucharskiemu a dla nas, wiernych kibiców reprezentacji Polski.

Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się