Wielkanocny rachunek sumienia
Pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, gniew, lenistwo – w przededniu największych katolickich świąt nie od rzeczy będzie przypomnienie tzw. siedmiu grzechów głównych. W kontekście Biało-czerwonych oczywiście.
Najpierw pora na rachunek sumienia kadrowiczów, potem – zadośćuczynienie kibicowskim nadziejom Fot. PAP/ Leszek Szymański.
Przede wszystkim dlatego, że nietrudno byłoby do nich... przypasować część naszych idywidualnych i zespołowych zachowań na murawie Strawberry Arena we wtorkowy wieczór. Jeśli marzy nam się stan, w którym amerykański (w sensie kontynentalnym) mundial miałby być ostatnią wielką imprezą bez udziału naszych „orłów”, Jan Urban – na szczęście zostaje w tej pracy na kolejne miesiące albo i (oby) lata – z pokaźnym pakietem owych grzechów i niedostatków (czyli wyzwań stojących przed jego podopiecznymi i nim samym) uporać się musi.
1 Niepewność między słupkami
Ostatnie ćwierćwiecze w naszym reprezentacyjnym futbolu to epoka, w której żaden z kolejnych selekcjonerów nie musiał się martwić o obsadę bramki, Począwszy od Jerzego Dudka, poprzez Artura Boruca, a potem długoletnią rywalizację Łukasza Fabiańskiego z Wojciechem Szczęsnym, trudno się było pomylić w wyborze „jedynki”, której – niezależnie od tegoż wyboru – zazdrościły nam inne futbolowe nacje. Lat tłustych było nie siedem, a dwadzieścia siedem. Ile – na zasadzie biblijnej przeciwwagi – będzie tych chudych? W teorii nie ma powodów do obaw. Ale... Łukasz Skorupski z upływem czasu jawi się golkiperem coraz bardziej „szklanym”, borykającym się coraz częściej z mniejszymi bądź większymi dolegliwościami. Zaś Kamila Grabarę na złote dziecko polskiej bramki wykreowała – z jednej strony – po trochu epoka mediów społecznościowych, w których sam przez pewien czas budował własny obraz krnąbrnego zawadiaki i watażki, tak kochanego w polskiej sarmackiej tradycji; z drugiej – pewne „myślenie tunelowe” polskiego kibica. W niedawnym rankingu „Kickera”, ustalanym na podstawie not za ligowe gry, zajął on drugie miejsce w gronie bundesligowych herosów w rękawicach. Warto jednak pamiętać, że w „Wilkach” - broniących beznadziejnie: są drugie miejsce na liście drużyn z największą liczbą straconych goli – okazji do (dobrych) interwencji ma więcej niż inni. Natomiast – co przypominał niedawno na naszych łamach Jerzy Dudek – Grabara nie miał dotąd okazji, by „zbudować reprezentacyjne doświadczenie, pewność siebie” w koszulce z orzełkiem. W Solnej trudno zrzucić na niego jednoznaczną winę za którąś ze straconych bramek; ale przecież całe nieszczęście koszmarnej 88. minuty (gol Gyokeresa) zaczęło się od jego „gorącej krwi” - niefortunnej próby uruchomienia naszej akcji w mocno niesprzyjający okolicznościach. - Należało w tym momencie tę grę zwolnić – tak ową sytuację skomentował, krótko acz konkretnie, Radosław Majdan (w środowy wieczór w „Faktach po faktach”).
Ale.. jeśli nie Grabara, to kto? Ci, których oddech - za kadencji Urbana – miał czuć na swych plecach, nie sprawiają wrażenia na miarę klas Boruca, Fabiańskiego, Szczęsnego...
2 Muszkieterów trzech. A może jednak czterech?
Jan Urban nie szedł do reprezentacji z hasłem „trójki stoperów” wypisanym na swych trenerskich flagach. Owszem, próbował takich rozwiązań w pracy w Górniku, zdawał się jednak być pod tym względem „tradycjonalistą”. Okoliczności te na „nie”, czyli choćby brak klasycznego lewego obrońcy na reprezentacyjnym poziomie; i te na „tak”, czyli niespodziewana eksplozja formy duetu Jan Bednarek – Jakub Kiwior, szczęśliwie dla nas zestawionego w Porto, sprawiły, że zdecydował iść pod (swój wewnętrzny) wiatr. Niestety, poszukiwania trzeciego muszkietera są trudne; wyjąwszy debiutancki (dla obu panów – selekcjonera i zawodnika) mecz w Rotterdamie, Przemysław Wiśniewski nie gwarantuje na razie pewności niezbędnej w kadrze. Co więcej: i Bednarek, i Kiwior w koszulce z orzełkiem bardziej niż Smoki przypominają... amatorów smoczków i butelki, w pampersach pełnych... strachu. „Dla mnie zawsze gra czwórką obrońców będzie bardziej przejrzysta, bardziej ułożona” - mówił parę dni temu na naszych łamach Antoni Szymanowski. Niewykluczone, że jesienią w tym temacie będziemy mieć do czynienia z poligonem doświadczalnym w meczach Ligi Narodów.
3 Wahania w sprawie wahadeł
Bezpośrednio z powyższym tematem wiąże się oczywiście kwestia „wahadeł”. W zasadzie można by zatrzeć ręce z radości: lista kandydatów na tę pozycję (niezależnie od strony) jest długa i mogłaby powodować wyłącznie pozytywny ból głowy u selekcjonera. Matty Cash, Nicola Zalewski, Michał Skóraś, Oskar Pietuszewski, w razie potrzeby Jakub Kamiński, a nawet – jeśli kiedykolwiek odzyska formę sprzed lat – Przemysław Frankowski. Imponujące, co nie? Sęk w tym, że – może z wyjątkiem Casha – zadania obronne nie są naturalną cechą żadnego z wymienionych. Raczej postawą wyuczoną na potrzeby wręcz – chciałoby się rzec – chwili. Póki z tyłu głowy mają pakiet zadań wyznaczonych przez selekcjonera, nasza gra w defensywie funkcjonuje w miarę poprawnie. Kiedy górę bierze natura – czyli parcie do przodu, kończy się to tak, jak w doliczonym czasie gry meczu ze Szkocją, kosztującego nas spadek z Dywizji A Ligi Narodów. Przykład najświeższy – to nieporozumienie między Kubą Kiwiorem a Pietuszewskim z 88. minuty w Solnej, którego ceną okazał się brak Biało-czerwonych na mundialu... Na to nasze spostrzeżenie też mamy stosowny cytat. - Nie mamy wahadłowych, którzy potrafiliby również bronić, a nie tylko atakować – mówi (poniżej) Jerzy Engel...
4 Odpowiedzialność, bo kolega tego nie załatwi
Zalewski, Pietuszewski, Skóraś, Kiwior – każde z tych nazwisk to zawodnicy daleko (lub bardzo daleko) od tzw. kwiecia wieku. W piłkę grać będą jeszcze długo, zapewne w wielkich klubach i za jeszcze większe pieniądze. Nic, tylko palce lizać na taką perspektywę? No więc... niekoniecznie, jeśli wyszarpie się z ich reprezentacyjnego dorobku konkretne skrawki występów – te z Solnej, wymagające wypunktowania, już wskazaliśmy. Inne wskazać nietrudno. - Gdy widziałem, w jakim tempie Kuba Kiwior i Michał Skóraś biegli za kontrą Albańczyków, która mogła im przynieść gola na 2:0, to się wściekłem: „Czy sobie, chłopy, nie zdajecie sprawy, o co gracie?” - relacjonował nam swój stan ducha po obejrzeniu półfinału baraży Jan de Zeeuw. Holender przecież, ale jakże emocjonalnie reagujący na takiż brak odpowiedzialności reprezentantów jego drugiej ojczyzny. Bo chyba tak nazwać trzeba postawę obu zawodników, polegającą na założeniu: „Inni załatwią to za mnie”.
5 Sto dziesięć procent do sukcesu
Z odpowiedzialnością – lub jej brakiem – wiąże się też bardzo ściśle kwestia mentalności. Trudno sięgać aż do czasów Zbigniewa Bońka; faktem jest jednak, że w kolejnych drużynach, które zabierały kibicowskie oczekiwana na mundiale czy finały EURO, zawsze znajdował się ktoś, kto w trudnych chwilach potrafił – mówiąc obrazowo – na boisku wytargać kolegów za uszy, dać kopa – właśnie! - mentalnego. Sprawić, że słaniający się na nogach (we wtorek dotknęło to na przykład Matty'ego Casha) zawodnicy dawali jeszcze dodatkowe 10 procent wyszarpane z wątroby, częstokroć nieodzowne do odniesienia sukcesu. Jacek Bąk, Tomasz Kłos, Kamil Glik... Łatwiej było przy takich – przecież nie zawsze oczywistych - postaciach liderów o studziesięcioprocentowe zaangażowanie, bo... prostu wstyd było inaczej. Jan Urban to „coś” w sobie. Ale Jan Urban już na boisko nie wejdzie, jego rola mentalnego motywatora kończy się z ostatnim słowem przedmeczowej odprawy. - To nie było tak, że mieliśmy jedenastu ludzi, którzy mogli przechylić tę szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Było ich może pięciu, może sześciu; reszta nie doszła do tego poziomu, odstawała mentalnie – zauważył jeszcze na murawie w Solnej legendarny Dariusz Szpakowski...
Mocne postanowienie poprawy
Niedziela Palmowa już za nami. „Hosanna” – wyśpiewali już nasi reprezentanci na cześć pięknego futbolu (bo przecież w większości taka była ich gra w Solnej), ale ostatecznie pozwolili ukrzyżować własne – i kibicowskie – nadzieje na udział w piłkarskim święcie na amerykańskich boiskach. Decyzja Cezarego Kuleszy o przedłużeniu kontraktu Jana Urbana i jego sztabu daje jednak na szczęście perspektywę rezurekcji...
Dariusz Leśnikowski
