Wiedeń trzeba zobaczyć chociaż raz!
Rozmowa z Maciejem Śliwowskim, graczem Rapidu Wiedeń w latach 1993-1996
Rapidowi idzie w tym sezonie bardzo słabo. Ale jak będzie w Sosnowcu? Fot. Pressfocus
LIGA KONFERENCJI
Trochę czasu pan w tej Austrii spędził, łącznie dziewięć sezonów, z czego trzy w samym Rapidzie. Jak pan tam w ogóle trafił w połowie lat 90.?
- Może zacznę od tego, że zdecydowałem się na wyjazd ze względów czysto sportowych, po tym jak po sezonie 1992/93 Legii zabrano tytuł mistrza Polski przy zielonym stoliku, do dziś tak naprawdę niczego nie udowadniając. Były podejrzenia o kupowanie meczów, ale nie znaleziono żadnych dowodów. Mówienie, że „cała Polska widziała” to zwykłe bzdury, a najgłośniej krzyczeli przeważnie ci, którzy faktycznie brali udział w różnych nielegalnych procederach, ale już nie chcę do tego wracać. Zaczęliśmy nowy sezon, po czterech meczach miałem na koncie już cztery gole, Legia miała komplet punktów, a potem pewnie sięgnęła po mistrzostwo. Byłem obserwowany przez wysłanników Rapidu, którzy przyjechali na mecz z Siarką Tarnobrzeg, w którym akurat zdobyłem hat trick. Co ciekawe, w tamtym meczu trzy gole zdobył też Czarek Kucharski, tyle że dla Siarki. Pamiętam, że wygraliśmy 6:3. Po spotkaniu Austriacy byli zdecydowani na mój transfer, a ja nie wiedziałem, co im odpowiedzieć... Prezes Janusz Romanowski dał mi do zrozumienia, że jeśli dostanę dobry kontrakt, to drogę mam wolną. Będąc cały czas jeszcze sfrustrowany sytuacją, w której zabrano nam tytuł, zdecydowałem się pójść do ligi austriackiej.
Jakie było to pierwsze zderzenie z tamtejszą Bundesligą? W tamtych czasach była chyba spora różnica pomiędzy Zachodem a postkomunistyczną Polską?
- Powiem szczerze, że kibicowsko czy organizacyjnie było to bardzo zbliżone do Legii. Zarobki były dwukrotnie wyższe od tego na co mogłem liczyć w Warszawie. Ciężko było to zresztą tak przeliczyć, bo w Rapidzie dostałem kontrakt, a w Legii podnosiliśmy przede wszystkim pieniądze z boiska. Jak ktoś pojedzie do Wiednia nawet dziś, to może się zachwycić, w tamtych czasach jak się zobaczyło takie miasto, to już nie chciało się z niego wyjeżdżać. Powiedziałbym, że to jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Jest idealne do życia zarówno dla młodych, jak i starszych ludzi. Świetna komunikacja, opieka socjalna, pod względem kulturalnym absolutny top. Miasto nie ucierpiało w czasie II Wojny Światowej, więc można podziwiać ogrom zabytków. Jeżeli ktoś Wiednia nie widział, musi koniecznie pojechać i zobaczyć chociaż raz! Choć wiadomo, że dziś Polska mocno podgoniła Europę Zachodnią, w Warszawie też można teraz kapitalnie mieszkać. Dziś mamy piękny Stadion Narodowy, a wtedy sam Prater robił na mnie ogromne wrażenie. Pamiętam jak graliśmy tam finał Pucharu Austrii w 1995 i to był ostatni raz, kiedy Rapid sięgnął po to trofeum!
Śledzi pan cały czas losy byłego klubu?
- Na pewno już nie tak jak kiedyś, ale staram się być na bieżąco. Śledzę jak idzie Peterowi Stegerowi (trener Rapidu – dop. red.), bo dobrze się znamy i widzę, że cały czas ostatnio dostaje w ucho. Dobrze znałem też Zorana Barisicia, który w Rapidzie był również dyrektorem sportowym, jeszcze wcześniej był Dietmar Kuhbauer. To są ludzie, z którymi grałem w piłkę. Od tamtych czasów minęło już ponad 30 lat, więc siłą rzeczy człowiek nie przywiązuje już takiej wagi. Mogę natomiast w każdej chwili przyjechać na mecz Rapidu, bo jestem w galerii sław, mam taki VIP-owski bilet do końca życia. Otrzymał go każdy, kto doszedł z Rapidem do finału Zdobywców Pucharów w 1996 roku. Dwa razy z synem skorzystaliśmy z takiego zaproszenia.
Rapid dość sensacyjnie na półmetku fazy ligowej Ligi Konferencji zajmuje ostatnie – 36. miejsce. Wydaje się, że to Raków będzie zdecydowanym faworytem w czwartek.
- Teoretycznie zdecydowanie tak, ale piłka dziś jest trochę fałszywa, więc na pewno trzeba uważać. Rapidowi idzie w tym sezonie bardzo słabo. Nie jest poukładany, nie widać wiary w dobry wynik, porównałbym to do obecnej sytuacji w Legii. Peter Steger był wielką nadzieją Rapidu na przyjście lepszych czasów, bo wiadomo, że w ostatnich latach ligę zdominował Salzburg. To jest w ogóle wielka klęska dla austriackiego futbolu, że Rapid tak cienko przędzie na wszystkich frontach, bo to klub, który historycznie jest najważniejszy w tym kraju, ma najwięcej kibiców. Zachowując proporcje, popularność Rapidu w Austrii można porównać do Legii w Polsce. Salzburg jest zbudowany tylko na pieniądzach Red Bulla. Wracając do czwartkowego meczu, faworytem będzie Raków, ale jeśli w Rapidze tego dnia wszystko zagra, do tego będą mieli trochę szczęścia, to sprawa jest otwarta. W piłkę na pewno grać potrafią, zawodzi jednak atmosfera spowodowana porażkami. Tak się dzieje wszędzie, Rapid nie jest tu jakimś wyjątkiem.
Jako były legionista, co pan myśli o tym zamieszaniu związanym z przejściem Marka Papszuna do Legii? Na ile się to może odbić na postawie Rakowa?
- Trener od początku tego nie dementował, jasno sugerując, że coś jest na rzeczy. Jeśli potem wprost zakomunikował to drużynie, to piłkarze pewnie nie są w najlepszej kondycji psychicznej. Marek Papszun miał już wcześniej propozycje z Legii, ale z nich nie skorzystał. To jest ostatnia propozycja, jaką z Legii dostał, dlatego mu się nie dziwię, że jest zdeterminowany. Legia jest w sytuacji bardzo złej. To jest nie do pomyślenia, że czterech czy pięciu ludzi rządzi tym klubem, każdy ciągnie na swoją stronę. Obecnie trener nie ma tam nic do powiedzenia, a działają wszyscy z boku. Piłki się w taki sposób nie buduje. Największym błędem właściciela jest to, że doprowadził do takiej sytuacji. Edward Iordanecu nie był złym trenerem, podobnie jak poprzednicy, ale tryby się tam zatarły.
Papszun to poukłada?
- Oczywiście, że tak, ale pod warunkiem, że dostanie pełną dowolność. Obawiam się, że w Legii będzie miał z tym problemy. To jest bardzo mądry człowiek, zresztą znamy się, chodził na wszystkie mecze Legii, gdy jeszcze ja tam grałem, kiedyś mi o tym opowiadał. Znając jego charakter i metody pracy, będzie bezwzględny w pewnych sprawach. W Rakowie to działało, może pięknej gry nie było, ale zazwyczaj Raków to 1:0 wyciągał będąc bardzo dobrze zorganizowanym w obronie.
Rozmawiał Mariusz Rajek
Maciej Śliwowski
