Wiatr od morza
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Od dekady jestem mieszkańcem Gdyni i jest mi z tym bardzo dobrze. Dokładnie sto lat temu polityczni wizjonerzy zdecydowali o przekształceniu małej rybackiej wioski w kwitnące miasto nazwane polskim oknem na świat. Pierwsi jego włodarze byli rodowitymi Kaszubami, co wśród nieufnych Polaków z Pomorza i Kujaw budziło spore wątpliwości. Wójt Jan Radtke i burmistrz Augustyn Krauze to wielkie postacie historii obu narodów. Jednak najbardziej pomnikowym bohaterem Gdyni był Eugeniusz Kwiatkowski, twórca potęgi polskiego przemysłu morskiego i chemicznego, wizjoner. Gdynia jest piękna swoim położeniem i cudowną modernistyczna architekturą. Nawet najazd deweloperów formujących architektoniczne bezguście tego nie zniweczy.
Gdzie w tym wszystkim sport? Siłą rzeczy pierwsze organizacje sportowe w odrodzonej po zaborach Gdyni związane były z morzem i wojskiem. Potem pojawił się silny boks, gimnastyka, piłka nożna. Bałtyk, Flota, Sokół i najbardziej znana Arka funkcjonują w zbiorowej świadomości gdynian. W bardziej współczesnych czasach pojawiła się koszykówka, dziś będąca wizytówką miasta. Bogusław Witkowski, uznany biznesmen i lokalny patriota, zbudował nad morzem potęgę żeńskiego basketu. W gdyńskiej akademii trenuje więcej dziewcząt niż w dużo większych ośrodkach razem wziętych. Paniom pozazdrościli mężczyźni, których występy zapełniają piękną halę.
Problemem gdyńskiego sportu jest infrastruktura. O ile nawet jest gdzie grać mistrzowskie mecze, to z trenowaniem klapa. Tragicznym zwrotem akcji była likwidacja piłkarskiego stadionu Arki „na Górce”, z pięknym widokiem na morze. Przebogaty wówczas rekin biznesu, Ryszard Krauze - to nazwisko jest na Kaszubach równie popularne jak Kowalski czy Nowak w innych regionach kraju - wymarzył sobie ekskluzywne korty na tym terenie, przekonał władze miasta, inwestując w gdyńska kulturę i oświatę. Arkę po prostu przeniesiono parę kilometrów dalej od morza. Przy okazji wypędzono z własnego obiektu wielce zasłużony Bałtyk, ale kto bogatemu zabroni...
Niechęć fanów obu klubów przybiera czasem patologiczne formy, bo trudno nazwać inaczej pobicie dwunastolatka wracającego w dresie klubowym z treningu. A działo się to w centrum handlowym, na oczach setek obojętnych ludzi. Ale to przecież nie jest gdyńska specyfika, burdy osiedlowych bandziorków w Warszawie, Krakowie i na Śląsku też nie należą do rzadkości. A chodzi nie tylko o szalik czy koszulkę, przy okazji też o wyładowanie frustracji, ale i rozpaczliwy krzyk: „ja też żyję i chcę być zauważony”.
Jestem elementem napływowym, czyli tak zwanym słoikiem, więc łatwiej mi kibicować Arce i Bałtykowi jednocześnie. Miałem przyjemność sędziować mecz oldbojów tych klubów na powitanie nowego roku. Gdy garstka wyrostków w strojach Arki zaczęła ubliżać Bałtykowi, słynny piłkarz Tomasz Korynt kopnął piłkę w trybuny i nakazał kibicom swojego klubu, by się zamknęli albo mecz się zakończy natychmiast. Nie odezwali się już do ostatniego gwizdka.
Najsłynniejszym gdyńskim sportowcem jest bez wątpienia Władysław Kozakiewicz. Jego słynny gest po zwycięskim skoku na igrzyskach olimpijskich w Moskwie powtarzany jest dzisiaj w milionach polskich domów. Podczas kłótni z teściową, upierdliwym sąsiadem lub nawalonym szwagrem gest Kozakiewicza stał się ludowym obyczajem, a sam wielki mistrz jest skromnym, fajnym człowiekiem, dumą Bałtyku. W mojej prywatnej galerii sław wymienię jeszcze kolarza Tadeusza Mytnika, piłkarza Janusza Kupczewicza, którego skwer otwarto niedawno.
Gdy rejestrowano w urzędzie patentowym nazwę SKS Bałtyk Gdynia, młoda urzędniczka odmówiła przyznania statusu do znaku zastrzeżonego argumentując, że Bałtyk jest morzem, czyli własnością wszystkich Polaków. Poproszono, aby porozmawiała z kimś interesującym się sportem i zapytała o Wisłę Kraków, Odrę Opole, Wartę Poznań, Jezioraka Iława. Dopytała i zgodę podpisała.
Możemy lubić lub nie lubić Roberta Lewandowskiego, ale nie zmieni to faktu, że jest najbardziej dziś rozpoznawalnym Polakiem na świecie. Nawet słynny łyżwiarz Paweł Zygmunt nic na to nie poradzi, że sport dzieli się na piłkę nożną i resztę dyscyplin. Siedzę teraz na urlopie w Tajlandii, nie zaniedbując jak widać obowiązków wobec drogich Czytelników „Sportu”. Wybrałem się na zwiedzanie wyspy Jamesa Bonda, na której w 1974 nakręcono słynnego „Człowieka ze złotym pistoletem” i świetną rolą mojego ulubionego Rogera Moore'a. Usadowiłem się w kajaku, a wiosłujący stary Taj zapytał, skąd jestem. Usłyszawszy, że z Polski, radośnie wykrzyknął nazwisko „Lewandowski”. Pewnie wielu zaprotestuje, że mamy też Igę Świątek, ale tenis jest sportem elit, a futbol - wszystkich warstw społecznych. Tak to już jest...
Wspomnianego legendarnego angielskiego aktora Rogera Moore'a poznałem osobiście, dzięki byłemu prezydentowi FIFA, Seppowi Blatterowi, z którym się przyjaźnię. Czarujący dżentelmen w starym stylu, dla mnie najlepszy odtwórca roli Bonda ever. Na egzotycznej tajskiej wysepce pstryknąłem sobie fotkę ze złotym pistoletem w ręku - będzie dowód, że nie zmyślam.
Z dala od kraju postanowiłem odpocząć od ligowej bieżączki, nie śledziłem wydarzeń sportowych ani politycznych, teraz lżej mi na duszy. Co nie oznacza, że w felietonie za tydzień znów puszczę wodze fantazji historyczno-nostalgicznej. Obiecuję powrót do rzeczywistości, komentowania wszystkiego, co dzieje się tu i teraz. A dzieje się sporo, nawet tajskie jaskółki o tym donoszą.
