Weryfikacja
Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek
Powołana do życia przez UEFA w 2021 roku Liga Konferencji w zamyśle miała być szansą na dłuższe europejskie granie dla klubów, które są za słabe na Ligę Europy, o Lidze Mistrzów nawet nie wspominając. Przez wielu ekspertów, byłych piłkarzy oraz kibiców w naszym kraju była wyszydzana, nazywana Pucharem Pasztetowej, a jej poziom miał być niższy niż w ekstraklasie. Gdy do fazy ligowej dostały się cztery drużyny znad Wisły, mieliśmy ją wciągnąć nosem, na serio zaczęły pojawiać się tezy, że ta liga jest przecież tak słaba, że jedynym celem dla naszych klubów może być końcowy triumf. Odlot. Uczucie znane nam od lat.
Nasze kluby faktycznie zrobiły spory krok do przodu, i to nawet z roku na rok. Dobrze to widać na przykładzie Rapidu Wiedeń, który w eliminacjach do poprzedniej edycji zdemolował Wisłę Kraków 6:1 (nawet biorąc pod uwagę, że Biała Gwiazda występuje ostatnio na drugim poziomie rozgrywek był to wynik wstydliwy), a teraz – nomen omen - nad Wisłą zbiera regularnie oklep. Najpierw od Lecha w Poznaniu, dwa tygodnie temu w Sosnowcu z Rakowem, za każdym razem po 1:4. A mowa przecież o drużynie, która jeszcze wiosną grała w ćwierćfinale tych rozgrywek.
Mogło się zakręcić w głowie, ale nasze kluby nie są jednak jeszcze takimi mocarzami. Owszem, ogrywać przedstawicieli co najwyżej europejskiej klasy średniej już potrafią, ale gdy dochodzi do zderzenia z przedstawicielami topowych pięciu lig na Starym Kontynencie to już tak różowo nie jest. A mowa przecież o przedstawicielach ledwie ogonów Bundesligi czy La Liga. Rayo Vallecano, które jest 12. w lidze hiszpańskiej, ograło Jagiellonię w Białymstoku, wcześniej poradziło sobie z Lechem. Poznaniacy jedynie zremisowali z najgorszym obecnie w lidze niemieckiej Mainz. Podopieczni Adriana Siemieńca oraz Nielsa Frederiksena do ostatniej kolejki będą musieli drżeć o awans. Czarnego scenariusza i odpadnięcia Kolejorza i/lub Jagi nie zakładamy ale 18. i 20. miejsce w długiej tabeli na ostatnią kolejkę przed końcem fazy ligowej mocno schłodziły nasze mocarstwowe zapędy.
O Legii szkoda mówić cokolwiek. To byłoby już nawet nie kopanie leżącego, a mogłoby podchodzić pod groźniejszy paragraf bezczeszczenia zwłok. Dopóki stołeczni kompromitowali się w ekstraklasie, to był ich problem. Żenada, jaką prezentują jednak na arenie europejskiej, dotyka poniekąd nas wszystkich. Cała Polska czeka w napięciu, jak z posprzątaniem bałaganu, przy którym stajnia Augiasza byłaby sterylnym pomieszczeniem, poradzi sobie Marek Papszun. I czy w ogóle sobie poradzi, a przede wszystkim, czy jednak nie żałuje publicznego wyznania miłości do Legii i chęci ewakuacji z Częstochowy?
Bo tylko Raków się wyłamuje i wyłamał w ostatniej serii, wygrywając ze Zrinjskim. Losowany z najniższego – piątego koszyka, jeszcze nie przegrał, u siebie wszystko wygrywa i już przed ostatnią serią gier pod Jasną Górą wiedzą, że wiosną będą nadal grali w pucharach. Z dużą dozą prawdopodobieństwa od razu w 1/8 finału. Raków stanowi jednak wyjątek, a też nikt tam nie mierzy raczej w końcowy triumf, nikt nie odleciał. No może tylko trochę trener Papszun, który zostawia samograja zdolnego osiągnąć sukces na trzech frontach na klub zdestabilizowany, pędzący ku samozagładzie. Ale o tym napisano chyba już wszystko.
