Wepchnięty na pole minowe

Rozmowa z Łukaszem Tomczykiem, trenerem Odry Opole

Łukasz Tomczyk dokładnie planuje co i jak w Odrze.Fot. Norbert Barczyk / PressFocus

Czy sformował pan już sztab szkoleniowy Odry?

- Jeszcze nie. Jesteśmy w trakcie rozmów. Cały czas trwają ustalenia. Na razie mogę jedynie powiedzieć, że do Odry przyjdzie Mateusz Wrana, który był moim asystentem zarówno w Polonii Bytom, jak i w Rakowie Częstochowa. Zostają na swoich stanowiskach: asystent Grzegorz Zmuda, trener bramkarzy Marcin Feć i trener przygotowania motorycznego Damian Matysiok.

Do kiedy chce pan skompletować grono swoich współpracowników oraz kadrę piłkarską?

- Na razie w Opolu się docieramy. To znaczy ja coś chcę, a niekoniecznie tak się dzieje... Każdy dzień to jest walka o to, żeby trenera, którego chcę mieć w swoim sztabie szkoleniowym, puścił jego obecny klub oraz żeby dograć warunki. Nie będę ukrywał, że Odra dla wielu nie jest pierwszym wyborem. Każdy kto czuje się na siłach i ma duże ambicje myśli najpierw o najwyższym szczeblu. To samo dotyczy zawodników, którzy mierzą wysoko i jeżeli tam się nie uda - to skorzystają z naszej propozycji. Takie są realia na tę chwilę... Postawiłem sobie jako datę finalną sformowania sztabu piątek 19 czerwca, bo tego dnia mamy w planie testy motoryczne, którymi zaczynamy letnie przygotowania do sezonu. Wydaje mi się jednak, że dopiero na pierwszym treningu w sobotę, a może nawet dopiero w poniedziałek wszystkie guziki zostaną dopięte. To samo dotyczy piłkarzy, bo na razie oficjalnie dołączył do nas tylko Branislav Spaczil, a odeszło ośmiu zawodników i to jeszcze nie koniec pożegnań.

Ilu ludzi będzie w pana sztabie szkoleniowym i jak liczna będzie kadra Odry na rundę jesienną?

- Nie będzie to duży sztab. Trenerów piłkarskich będzie w nim trzech. Do tego dojdzie dwóch trenerów motorycznych i jeden bramkarzy oraz fizjoterapeuci. W sumie około dziesięciu osób. Natomiast w zespole chcę mieć 20 zawodników z pola plus 3 bramkarzy, ale do tego mogą dojść młodzi-przyszłościowi chłopcy z akademii lub niższych lig. Zakładam, że na każdej pozycji powinno być dwóch zawodników, choć jakiś dodatkowy junior czy młodzieżowiec też będzie z nami trenował, więc w sumie w szerokiej kadrze będzie około 25 ludzi.

Czy w tej chwili ma pan choć połowę?

- Jeszcze nie. Nawet ci, którzy dostaną swoją szansę na potwierdzenie swojej przydatności w pierwszym tygodniu treningów, niezależnie od tego, czy mają ważny kontrakt, czy nie, nie mogą być pewni pozostania w zespole. Muszą walczyć o miejsce w składzie i najlepiej, mówiąc o Odrze, użyć słów, że na razie mamy „plac budowy”. Wszystko jest ruchome. Dlatego tak wielką wagę przywiązuję już do pierwszych treningów, a po nich ciężar będzie z dnia na dzień coraz większy.

Użył pan słów „plac budowy”, ale słuchając słów klubowych działaczy na konferencji prasowej, na której zaprezentowali nowego trenera, odniosłem wrażenie, że został pan wepchnięty na „pole minowe”. Jak pan zareagował na hasło „mierzymy w ekstraklasę”?

- Oczekiwania muszą być racjonalne. Odra w minionych dwóch sezonach była na 14. i 12. miejscu. Nie zrobiła też transferów dziesięciu zawodników z ekstraklasy czy z klasowych klubów zagranicznych. Rozumiem marzenia czy pragnienia kibiców i działaczy, ale ja koncentruję się na tym, żeby zbudować zespół i trening po treningu oraz z meczu na mecz rozwijać jego umiejętności. Dla mnie ten pierwszy okres będzie badaniem gruntu i na pewno nie będę się silił dzisiaj na opowiadanie, o co gramy, albo na mówienie, że naszym celem jest awans, bo kto nam w to uwierzy? Chcę wygrywać i staram się to wszystko jak najszybciej tak poukładać, żeby miało ręce i nogi, żeby zdążyć na pierwsze kolejki, bo one często weryfikują nawet najbardziej ambitne cele. Pod tym właśnie kątem dogrywaliśmy też obóz w Linzu i załatwiałem sparingpartnerów. Tylko mecz kontrolny ze Śląskiem Wrocław był już w letnim terminarzu przed moim przyjściem, a rywali zagranicznych wyszukałem osobiście. Chciałem podnieść poprzeczkę i mamy obóz sparingowy, bo w Austrii dużo będziemy grać. Do zaklepanego na 28 czerwca spotkania z MSzK Żilina doszedł nam jeszcze tego samego dnia sprawdzian z CSKA Sofia, więc zagramy na dwa składy. A 1 lipca zmierzymy się z FK Pardubice. Po powrocie do kraju mamy natomiast mecze: 4 lipca rano w Opolu z GKS-em Tychy i po południu w Kielcach z Hapoelem Beer Szewa; 11 lipca ze wspomnianym już Śląskiem we Wrocławiu, 17 lipca z Hapoelem Kirjat Szemona w Ustroniu oraz następnego dnia z Banikiem II Ostrawa w Opolu. Okazji do zgrania zespołu będzie więc sporo. A jak się już to wszystko scali, to wtedy będzie można o czymś mówić i planować, wiedząc jaką kadrę zbudowaliśmy, kogo mamy i kto jak wygląda pod kątem formy. Dzisiaj to jeszcze jest zagadką, jednak w najbliższych godzinach sporo się wyjaśni.

Mam wrażenie, że to pana wina – stał się pan ofiarą swojego sukcesu. Pracując w Polonii Bytom awansował pan do I ligi, a zimą „przeskakując” do Rakowa Częstochowa walczył pan w ekstraklasie, Pucharze Polski i europejskich pucharach. Nic więc dziwnego, że włodarze Odry oczekują sukcesu...

- Oczywiście, ja to rozumiem i docelowo też mam wysokie aspiracje, ale na razie jesteśmy na początku drogi i nie można o tym zapominać. Dlatego też kontrakt został podpisany na dwa lata, a teraz stawiam tu pierwsze kroki. Mówię o tym, bo ostatnio byłem w klubie, z którym umawiałem się na coś innego, a zakończyliśmy współpracę po 4 miesiącach. Oczywiście każda sytuacja jest inna. W Polonii na starcie byłem już przygotowany, bo będąc asystentem miałem czas na przyglądanie się drużynie „z tylnego fotela”. Kadra była już sklejona, więc mogłem działać z marszu, bo już graliśmy. Tu startujemy i pod tym kątem jest to trudniejsze. Zobaczymy na ile będę miał możliwości po pierwsze zbudowania składu, po drugie korekt co rundę i dodawania cegiełek oraz po trzecie cierpliwości działaczy i kibiców. W Polonii Bytom to wszystko się zgrało i dlatego tak „wypaliło”. Nawet przegrany baraż po pierwszym sezonie nas nie zniechęcił, bo już sam awans do szóstki w II lidze dał nam wtedy paliwo. Jeszcze bardziej zmobilizował nas awans do I ligi rok temu. A gdy w grudniu ubiegłego roku kończyłem ten ponaddwuletni okres pracy w Bytomiu ciesząc się z drugiego miejsca na zapleczu ekstraklasy, to podziękowania od kibiców stanowiły największą nagrodę i dały ogromną satysfakcję. Oczywiście były też gorsze chwile, choć nigdy nie odczułem, że ktoś we mnie zwątpił.

Z jakim uczuciem odchodził pan z Rakowa?

- Na pewno z uczuciem niedosytu. Uważam, że ta końcówka mojej pracy już dawała owoce. Miałem pomysł i wszystko szło w dobrym kierunku. Uważam, że sztab się scalił, dotarliśmy się i każdy wszedł na poziom wyżej. Jako sztab, jak choćby w przerwie meczu z GKS-em Katowice, dawaliśmy energię drużynie. Zaakceptowałem jednak sytuację, bo właściciel klubu ma prawo decydować. Uznał, że to da impuls drużynie i pomoże klubowi, a ja jako człowiek stamtąd, podporządkowałem się i ściskałem kciuki za jak najlepsze wyniki Rakowa na finiszu. Na pewno pozostało we mnie sporo wartościowych wspomnień i doświadczenie choćby z meczów z Fiorentiną. Zarówno we Florencji, jak i w rewanżu w Sosnowcu prowadziliśmy i przegraliśmy 1:2 po bramkach straconych w doliczonym czasie gry. Powiem jednak szczerze, że wydaje mi się, że nie byliśmy w stanie wyciągnąć więcej, bo rywal był z wyższej półki pod względem: transferów, doświadczenia i klasy zawodników oraz obycia w rozgrywkach na najwyższym poziomie. Zadecydowała jakość i Raków, który uczył się europejskiego grania na wiosnę, jeszcze nie był w stanie przeskoczyć do ćwierćfinału Ligi Konferencji. Nie ulega wątpliwości, że na boisku byliśmy jednak blisko i schodziliśmy z murawy czując, że ta porażka boli. Szczególnie żałowaliśmy tej drugiej bramki straconej na wyjeździe w 3 minucie doliczonego czasu gry, bo remis przed rewanżem dawałby nam dodatkową motywację. Tak samo siedzi w głowie przegrany finał Pucharu Polski z Górnikiem, bo zagraliśmy słabo. W sumie 30 minut było ok, a reszta nam nie wyszła. Trzeba to jasno powiedzieć. Wyciągnąłem wnioski z tego spotkania, ale trauma pozostała.

Który mecz w nadchodzącym sezonie będzie dla pana szczególny?

- Na pewno bardzo silni będą spadkowicze. Rywalizacja z Arką Gdynia czy Lechią Gdańsk, z której po spadku nikt nie odszedł, a w ekstraklasie była w czołówce pod względem ofensywy, będzie wyzwaniem. Dla mnie osobiście sentymentalny wydźwięk będzie miał mecz z Polonią Bytom, ale do każdego spotkania postaram się przygotować nasz zespół jak najlepiej, a rywalizacja z wieloma znanymi i uznanymi trenerami, bo tacy pracują w I lidze, też jest dla mnie mobilizująca. Mam nadzieję, że naszą grą spowodujemy, że trybuny nowoczesnego i pięknego stadionu się wypełnią. Sam stadion jednak – o czym przekonały się boleśnie Tychy i Sosnowiec – meczu nie wygra. Trzeba go mieć, ale najważniejsza na tej znakomitej murawie będzie jakość gry. Ważna jest też baza treningowa, która jest dobrze przygotowana. To wszystko jednak ma tylko służyć temu, żebym po pierwszym niepowodzeniu, a tak traktuję odejście z Rakowa, zdając sobie sprawę z tego, że nikt nie ma patentu na ciągłe wygrywanie, wypłynął w Odrze. Mam nadzieję, że będę miał w Opolu dużo satysfakcji z pracy. Tak do tego podchodzę.

Rozmawiał Jerzy Dusik

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się