We wtorek o przyszłość!
To już pewne - Polacy nie awansują do rundy głównej, ale mają jeszcze o co grać.
To nie tak, że dla nas turniej się już skończył... Fot. PAP/EPA
Porażka z Islandią, ale też przegrana Włochów z Węgrami sprawiły, że Biało-czerwoni nie wyjdą z grupy, ale czeka ich jeszcze jeden mecz. Ktoś może powiedzieć, iż jego stawką będzie honor i pewnie będzie miał rację, lecz tylko po części. W razie zajęcia 4. miejsca w fazie grupowej, Polacy walkę o udział w kolejnej wielkiej imprezie - mistrzostwach świata 2027 - rozpoczną już w marcu od 2. rundy kwalifikacyjnej i w dniach między 18 a 23 marca rozegrają eliminacyjny dwumecz z Łotwą (ewentualny pierwszy mecz odbędzie się w Polsce). Jeśli zajmą 3. lokatę w fazie grupowej, eliminacje MŚ 2027 rozpoczną od 3. rundy zaplanowanej na maj. Będzie się więc o co bić!
Co się z nimi stało?
Islandzkie media wygraną swojej drużyny nazwały silnym i zdecydowanym zwycięstwem, chociaż zwróciły uwagę na fakt, że pierwsza połowa wyrównana i dopiero w drugiej rywale się pogubili. „Silna wygrana i komplet punktów to wyśmienity początek tych mistrzostw i wielka szansa na wygranie grupy” - skomentował dziennik „Visir”.
„Przez pierwsze 15 minut mieliśmy poważne problemy i silni, dobrze zbudowani Polacy kilka razy wyrównywali, co wprowadziło frustrację do naszej drużynie i dopiero w drugiej części spotkania coś się stało z Polakami i zaczęliśmy panować na boisku” - dodała gazeta.
Kanał telewizji publicznej RUV ocenił, że „w pierwszej połowie Polacy byli nie do przejścia i nie do zatrzymania i dopiero po przerwie nasza drużyna ochłonęła. Islandczycy włączyli wyższy bieg i w dziewięć minut strzelili osiem bramek, a Polacy tylko trzy. To było niczym blitzkrieg”.
Gazeta „Morgunbladid” stwierdziła natomiast, że „ druga połowa meczu była pokazowa w wykonaniu Islandczyków, którzy wręcz rozjechali coraz bardziej bezradnych Polaków”.
Gislason bije się w pierś
Wydarzenia z sobotniego meczu Niemców z Serbią będą jeszcze długo komentowane. Ich selekcjoner Alfred Gislason nie uchylał się od odpowiedzialności po niespodziewanej porażce 27:30. Przyznał, że do błędu w kluczowym momencie spotkania. Jego niefortunna decyzja w dużej mierze przesądziła o przegranej. W ostatniej fazie spotkania, przy stanie 25:26, trener podjął decyzję o przerwie na żądanie, jednak zbyt wcześnie, przez co wyrównująca bramka Jurija Knorra została anulowana. Trener wziął na siebie ciężar odpowiedzialności. Przyznał, że częściowo to jego wina. - Chciałem wziąć przerwę, kiedy byliśmy w pełni sił - wyjaśnił Islandczyk, który nie spodziewał się, że Knorr będzie miał czystą sytuację. - Niestety, rzucił gola, niestety, nacisnąłem przycisk ułamek sekundy za wcześnie. więc oczywiście to moja wina.
Zdobywca wspomnianej bramki po meczu także zabrał głos i nie krył rozgoryczenia - Zdobyłem bramkę, ale nie została uznana. To było naprawdę frustrujące. Takie rzeczy się zdarzają, ale mnie boli podwójnie - stwierdził Knorr. - To było irytujące, gdy potem siedziałem na ławce i nie mogłem nic zrobić. Chciałem pomagać, a nie do końca rozumiem, dlaczego tak długo mnie trzymano z boku - mówił rozgrywający.
Dziś przed Niemcami stoi prawdziwe wyzwanie: mecz z Hiszpanią będzie dla nich spotkaniem o być albo nie być w turnieju. Ewentualna porażka może oznaczać historyczne odpadnięcie z turnieju już na etapie fazy grupowej. Niemcy są uważani za jednych z faworytów do tytułu. W drugim meczu grupy A Serbowie zagrają z Austriakami i może być tak, że trzy zespoły będą miały po 4 punkty. W takim wypadku o kolejności zadecyduje bilans meczów bezpośrednich. Do fazy głównej awansują dwie drużyny.
