We własnym świecie
Z nadziejami na pierwszą Zieloną Marynarkę w finałowej grupie The Masters zagrają Rory McIlroy i Bryson DeChambeau. Szykuje się fenomenalne widowisko.
Czy Rory przegnał demony? Okaże się wkrótce. Fot. Facebook Masters Tournament
Panowie mają rachunki do wyrównania. Zaledwie w czerwcu Amerykanin dosłownie rozszarpał serce Irlandczyka z Irlandii Północnej, na ostatnim greenie odbierając mu zwycięstwo w US Open, jego wyśniony pierwszy triumf wielkoszlemowy od dekady. To mógł być drugi tytuł McIlroya w tym turnieju. Zamiast tego jego oponent cieszył się tym osiągnięciem. Wtedy nie grali razem, teraz zmierzą się w bezpośrednim pojedynku.
„Myślę, że najważniejsze jest, aby nie robić z tego rewanżu, tylko pozostać w swoim własnym małym świecie” – komentował sytuację Rors.
Rory prowadzi z wynikiem -12. Bryson traci do niego dwa uderzenia.
„To będzie najwspanialsza arena, jaką mieliśmy od dawna i jestem tym podekscytowany” – powiedział DeChambeau. „Obaj chcemy wygrać. To będzie elektryzująca atmosfera”.
Nie można zapominać o grupie pościgowej. Podium z kolejnymi dwoma strzałami deficytu zamyka Kanadyjczyk Corey Conners. Na horyzoncie widać, okupujących czwartą pozycję - mistrza Masters z 2018 roku Patricka Reeda i grającego dopiero po raz drugi w Aguście Ludviga Aberga, który w swoim ubiegłorocznym debiucie był drugi. Za nimi na szóstym miejscu czyha ciężka artyleria, złożona wyłącznie ze zwycięzców wielkoszlemowych. Australijczyk Jason Day, Irlandczyk Shane Lowry, lider na półmetku – Justin Rose i No.1 – Scottie Scheffler mimo wydawać by się mogło sporej straty, mogą sprawić niespodziankę.
Chwile chwały 4-krotnego triumfatora wielkoszlemowego przeplatane są też momentami, o których chciałby zapomnieć. W kwietniu 2011 roku 21-letni Rors zagrał bezbłędną rundę 65 pierwszego dnia Masters, prowadząc w stawce. Został przy okazji najmłodszym graczem, który kiedykolwiek prowadził po pierwszej rundzie tego turnieju. W piątek i sobotę dorzucił stabilne 69 i 70, do niedzielnej rozgrywki wkraczając z czterema uderzeniami przewagi. Ostatniego dnia rozegrał się dramat. Rors wykręcił szokujące 80 uderzeń, w tym potrójnego bogeya na dziesiątce i podwójnego na dwunastce. Ostatecznie skończył piętnasty, 10 oczek za zwycięzcą Charlem Schwartzelem. Taka trauma potrafi pozostać na długo w pamięci. Od tamtej pory był siedem razy w najlepszej dziesiątce, w tym drugi trzy lata temu.
Teraz znowu zapisał się w historii Masters. Po pierwszych pięciu sobotnich dołkach na jego karcie wyników widniały same trójki. Żaden gracz w poprzednich 88 edycjach turnieju tego nie dokonał. Jakby tego było mało kolejne 3 zapisał też na szóstce par 3. Kiedy skończył, miał na koncie cztery birdie i dwa eagle oraz drugie z rzędu 66. To dopiero szósty raz, kiedy zawodnik uzyskał 66 dwa dni z rzędu.
„Jestem typem zawodnika, który wykorzystuje dynamikę” – powiedział McIlroy. „Istnieje jednak pewna równowaga. Trzeba płynąć z tą dynamiką tak bardzo, jak to możliwe, ale także łagodzić ją odrobiną racjonalności i logiki. To świetny taniec. Na pewno nie chcę być tam robotem, ale jednocześnie nie chcę też być zbyt ożywiony”.
DeChambeau, dla odmiany uwielbia rozpalać publiczność. Tak właśnie zrobił, trafiając w sobotę birdie na trzech ostatnich dołkach, w tym długi putt na osiemnastce. „Odszedłem na bok, żeby sprawdzić, czy wpadnie, i rzeczywiście tak się stało” — relacjonował. „Człowiek może poczuć dreszcze. W pewnym sensie po prostu odczuwa euforię. To naprawdę fajne”.
Dreszcze gwarantowane!
Kasia Nieciak
Bryson lubi podkręcać atmosferę. Fot. Facebook Masters Tournament
