Wbrew wszystkim

Wyndham Clark po raz drugi w karierze zwyciężył w U.S. Open Championship. Tak jak podczas ostatniego Ryder Cup nowojorska publiczność znowu nie pokazała się z najlepszej strony.

Mistrz po raz drugi! Zdjęcia U.S. Open Championship

To staje się niestety normą - w dyscyplinie, która jeszcze niedawno wydawała się wolna od negatywnego kibicowania, teraz sytuacja diametralnie się zmienia. Owszem, zachowanie kibiców podczas Ryder Cup, zwłaszcza za Atlantykiem, często bywało problematyczne, ale teraz buczenie i wykrzykiwanie różnych bzdur podczas uderzeń zawodników, powoli staje się codziennością. Jednak plucie jadem podczas U.S. Open na niedawnego amerykańskiego zwycięzcę tego turnieju wydaje się już przesadą.

Mijając Bethpage Black

Pole Bethpage, na którym rozgrywano ubiegłoroczny Ryder Cup, i Shinnecock Hills, który był areną tegorocznego U.S. Open, zlokalizowane są na Long Island. Ruszając pociągiem z Penn Station na Manhattanie, mijamy po drodze nawet stację Bethpage, a oba pola oddalone są niecałe dwie godziny jazdy linią Ronkonkoma. Tymczasem wrogie zachowanie nowojorskiej publiczności wobec Wyndhama Clarka, który przecież był częścią drużyny amerykańskiej z Bethpage, przekroczyło wszelkie granice, przypominając bardziej atmosferę meczów piłkarskich Wisły z Legią lub nowojorski Ryder Cup, który pod tym względem był absolutną eskalacją wrogości... ale jednak w stosunku do drużyny europejskiej, a nie swojego człowieka. Clark, mimo że grał we własnym kraju, stał się celem zmasowanego i niespotykanego dotąd w turniejach wielkoszlemowych linczu ze strony kibiców. Ludzie głośno reagowali na nieudane zagrania lidera. Gdy na drugim dołku posłał piłkę w trudne położenie po lewej stronie, tłum wiwatował. Niektórzy celowo próbowali go dekoncentrować. Na starcie czwartego dołka ktoś krzyknął: „Nie zadław się, Wyndham”. Regularnie wykrzykiwano hasła typu „wpadnij do bunkra” gdy piłka była jeszcze w powietrzu. Sytuacja stała się na tyle poważna, że ochrona turnieju oraz lokalna policja musiały siłą wyprowadzić z pola kilku widzów za werbalne nękanie. Z kolei gdy lider ratował się świetnymi uderzeniami, na trybunach zamiast braw pojawiały się pomruki zawodu lub grobowa cisza.

Odzyskać zaufanie kibiców

Owszem, Clark zapracował sobie ostatnio na wizerunek „czarnego charakteru". Podczas poprzedniego U.S. Open w Oakmont Country Club mocno nadszarpnął swoją reputację, gdzie sfrustrowany po nieprzejściu cuta zaledwie jednym uderzeniem, zniszczył w szatni tego szacownego klubu szafkę lub może nawet dwie. Sytuacja była o tyle gorsza, że zaledwie miesiąc wcześniej, podczas PGA Championship, w złości rzucił swoim driverem i zniszczył reklamowy baner sponsora T-Mobile, który w dodatku sponsoruje również jego! Reakcja władz Oakmont była natychmiastowa. Prezydent klubu, John Lynch, wystosował list do członków, w którym poinformował o nałożeniu na Clarka całkowitego zakazu wstępu na teren obiektu. Warunkiem cofnięcia kary było: pokrycie pełnych kosztów naprawy szkód, wpłata darowizny na wskazaną przez klub organizację charytatywną i ukończenie profesjonalnego kursu radzenia sobie z agresją. Tym, co najbardziej rozsierdziło opinię publiczną, nie był sam akt wandalizmu, ale początkowe, niezbyt przemyślane komentarze niespecjalnie skruszonego zawodnika. Tuż po zdarzeniu Clark unikał głębszej samokrytyki, a pytany o sprawę, rzucił: „To był błąd, w chwili szału. Czas pójść dalej”. Gdy temat nie cichł, a dziennikarze pytali go, czy odzyska prawo wstępu do Oakmont, odpowiedział: „To zależy od nich. Ja po prostu gram w golfa”. To właśnie jego wypowiedzi po całej sprawie bardziej rozsierdziły fanów niż sam wybryk. Po zwycięstwie w Shinnecock Hills, po tym jak publiczność zgotowała mu piekło, mówił: „Słyszałem te wszystkie docinki przez cały weekend i w pełni na nie zasłużyłem. Zrobiłem rok temu okropne rzeczy, których bardzo żałuję. Przepraszałem już wielokrotnie i nadal mi przykro. Tamto zachowanie w Oakmont nie definiuje tego, kim jestem. Mam nadzieję, że z czasem zdołam odzyskać zaufanie kibiców”. Potwierdził także, że przeszedł terapię psychologiczną, zapłacił za zniszczenia i stara się naprawić swój wizerunek, który zrujnował tamtym wybuchem furii.

Topniejąca przewaga

Rozpoczął finałowy dzień z ogromną, 6-uderzeniową przewagą nad grupą pościgową. Wielu kibiców liczyło na spektakularny rajd za liderem, zwłaszcza że w grupie ścigantów znajdował się uwielbiany Scottie Scheffler, który w niedzielę obchodził swoje trzydzieste urodziny i walczył o karierowy Wielki Szlem. Jednak biorąc nawet te wszystkie okoliczności pod uwagę, grillowanie Clarka w czasie rundy wydaje się niedopuszczalne. Publiczność w stanie Nowy Jork słynie z wyjątkowo głośnego i agresywnego dopingu, co w połączeniu ze spożywanym alkoholem, tak jak podczas ostatniego Ryder Cup wymyka się spod kontroli. Sam Clark podsumował to po odebraniu trofeum: „To wyjątkowo rzadkie, by na U.S. Open kibice buczeli po twoich strzałach. Poczucie było takie, jakbym wygrał mecz na bardzo trudnym stadionie rywala”. Mimo tych przeciwności, na arcytrudnym polu i w bardzo wymagających warunkach zwyciężył z wynikiem -4, prowadząc od pierwszej do ostatniej rundy. Niedziela przyniosła ogromne emocje z powodu drastycznego topnienia jego przewagi. Rozpoczął z wynikiem -7, z więcej niż bezpieczną przewagą nad Scottie'em, Sahithem Theegalą, Tomem Kimem oraz Samem Stevensem, którzy byli -1. Jednak po zaledwie pięciu dołkach prowadzenie stopniało do jednego uderzenia z powodu jego błędów oraz naporu rywali. Szalał Sam Burns, który zagrał świetną rundę -3, a na ostatnim greenie po putcie ostatniej szansy na współprowadzenie, jego piłka zatrzymała się centymetry obok dołka. Kibice do samego końca mocno wspierali Scottie'ego, ten jednak popełnił za dużo błędów i przez cały dzień nie zbliżył się do lidera na mniej niż trzy uderzenia, kończąc turniej na dzielonym czwartym miejscu. Kluczowa dla zwycięstwa okazała się szesnastka. Clark zagrał z tee do wysokiej trawy po lewej stronie, stamtąd świetnie wybił na fairway, a później na green, skąd trafił z dziewięciu metrów fantastyczny putt na birdie i wyprzedzał już oczekującego w klubie Burnsa dwoma uderzeniami. Na siedemnastce zrobił bogeya i przystępując do ostatniego dołka, miał tylko jedno uderzenie zapasu. Nie przestraszył się sytuacji i na ostatnim greenie wykonał dwa bezpieczne putty z ponad 50 stóp na para, co przypieczętowało jego triumf. Dwa uderzenia za Burnsem finiszował powracający z zaświatów Tom Kim – ostatni zawodnik z minusowym rezultatem. Na czwartej pozycji oprócz Scottie'ego znaleźli się jeszcze J.T. Poston i Keith Mitchel, obaj notujący swoje najlepsze występy wielkoszlemowe. Clark zagrał w niedzielę rundę +3, co było najwyższym niedzielnym wynikiem mistrza U.S. Open od czasu Graeme'a McDowella w 2010 roku.

Niespodzianka w Dniu Ojca

„Wszyscy myśleli, że mam to już wygrane, a wtedy moja przewaga zaczęła znikać – opisywał po wszystkim. – Patrzyłem, jak sześć uderzeń przewagi zamienia się w ogromną presję na Shinnecock, ale mistrzowie nie panikują. Zachowałem cierpliwość, trafiłem kluczowego putta na birdie na szesnastym dołku i utrzymałem pozycję, by skończyć robotę”. Po raz pierwszy sięgał po to trofeum w 2023 roku w Los Angeles Country Club. Wtedy panowała tam zupełnie inna atmosfera. „To zwycięstwo smakuje zupełnie inaczej. Wtedy goniłem marzenie. Dzisiaj walczyłem z całym polem, z historią, a momentami miałem wrażenie, że z każdym człowiekiem stojącym za sznurami odgradzającymi publiczność”. Nawiązując do słów swojej ukochanej mamy, Lise, która zmarła na raka piersi, a której rady pomogły mu okiełznać trudny charakter, powiedział: „Graj wielki golf - to jedna z ostatnich rzeczy, jakie powiedziała mi mama, i coś, co trzymam bardzo blisko w swoim sercu. Udowodnienie sobie, że potrafię wygrać w takich warunkach, znaczy dla mnie więcej niż jestem w stanie opisać”. Niedzielny finał U.S. Open jak zawsze zbiegł się dokładnie z Dniem Ojca. Jego tata udał się do Nowego Jorku nocnym lotem z Kolorado, aby potajemnie czekać na syna przy ostatnim greenie. Był to niezwykle emocjonalny moment - kiedy syn schodził z ostatniego greenu, ojciec wyłonił się z tłumów. Obaj wpadli sobie w ramiona, a Randall Clark zalał się łzami. „To, że zrobił mi taką niespodziankę, było niesamowite – komentował szczęśliwy Wyndham. – Nie mogę się doczekać, aż spędzę z nim dzisiejszy wieczór i będziemy to opijać, ponieważ to nie jest tylko moja wygrana”.

 Kasia Nieciak

Tata w tajemnicy przybył na pole.

Wyndham ze swoim caddiem czasami starali się obracać w żart docinki publiczności.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się