Warszawska niemoc

Wisła wróciła ze stolicy bez osiągnięcia choćby celu minimum. Odpadła z pucharu i przegrała w lidze.

Bartłomiej Poczobut (z lewej) w dwumeczu z Wisłą strzelił gola i miał dwie asysty. Fot. Tomasz Jastrzębowski/PressFocus

Składy na mecz o punkty pokazały, która drużyna mniej poważnie potraktowała Puchar Polski, a jednocześnie ma szerszą kadrę. Jest to Wisła, która trzy dni po odpadnięciu z pucharu wyszła na rewanż o punkty z dziesięcioma zmianami. Został tylko Kacper Duda, a z zespołem nie było Jamesa Igbekeme, który w czwartek trafił do szpitala z powodu bólu w klatce piersiowej. Badania wykluczyły ostre niedokrwienie mięśnia sercowego, ale zawodnik pozostał w placówce medycznej na dalszą diagnostykę. Trener Polonii postawił na siedmiu zawodników, którzy zaczynali wcześniejsze starcie. Jego taktyka okazała się słuszna, zmęczonych graczy zmieniał w odpowiednim momencie i zasłużenie ograł wyżej notowanego rywala. W tym sezonie warszawianie zdobyli na krakowianach aż cztery punkty.

Dwie asysty Poczobuta

Spotkanie zasłużonych dla polskiej piłki klubów znów było otwarte, nikt nie myślał tylko o obronie. Mocniej zaczęli krakowianie, ale z dwójki bramkarzy to Patryk Letkiewicz musiał się wysilić przy obronie uderzenia z dystansu Xabiego Auzmendiego. W 25 min gospodarze objęli prowadzenie po rzucie rożnym. Dobre dośrodkowanie Bartłomieja Poczobuta wykorzystał Michał Kołodziejski i strzelił głową. Środkowego obrońcy nie upilnował Bartosz Jaroch, z kolei stojący w strefie Wiktor Biedrzycki źle obliczył lot piłki. Dla tego drugiego był to pierwszy występ od 27 października. Potem ze składu „wykopał” go młody Mariusz Kutwa, który decyzją trenera jako jeden z nielicznych podstawowych zawodników wystąpił w pucharze, a trzy dni później odpoczywał. W pierwszym starciu do przerwy było 2:0 i scenariusz się powtórzył, tyle że tym razem był korzystny dla podopiecznych Mariusza Pawlaka. W 39 min znów zaskoczyli wiślaków dośrodkowaniem Poczobuta, tym razem z akcji. Rafał Mikulec nie dał go rady zapobiec podaniu, przeważnie królujący w powietrzy Alan Uryga nie sięgnął piłki, a Jaroch znów dał się oszukać – przy drugim golu Łukaszowi Zjawińskiemu.

Bezradni

Wisła wyglądała blado także w ofensywie i już w przerwie na ławce usiadł Tamas Kiss. Nie wyglądali jednak lepiej, męczyli się z piłką przy nodze, zbyt długo ją „holowali”. Rywale częściej stawiali na obronę, ale mogli zamknąć mecz. Nie wykorzystali świetnej sytuacji, która odebrałaby „Białej gwieździe” resztki wiary w osiągnięcie korzystnego wyniku. Po kolejnym rożnym Zjawiński zza pleców Urygi trafił w słupek. Mariusz Jop w końcu wpuścił też zdobywcę dubletu z wtorkowego wieczora, Frederica Duarte, jednak w piątek nie zachwycił. Był słaby, jak cała Wisła. W końcowych minutach mógł ją „dobić” Przemysław Szur – piłka przeleciała tuż nad poprzeczką.

Michał Knura