Walek niekonwencjonalny
Kiedyś w czasie meczu wyjął organki z rękawicy i zaczął na nich przygrywać, innym razem z nudów położył się w bramce. Taki był Walery Kosyl.
Pamiątka z 70. urodzin wśród przyjaciół. Jubilatowi (na pierwszym planie) śpiewa i gra na gitarze Adam Kopczyński, kolega z klubu i kadry. Fot. Marek Kowal
Na archiwalnej fotografii z 1957 roku widać ustawionych w dwóch rzędach hokeistów ŁKS, a przed nimi leżących na lodzie – jak to jest w zwyczaju przy tego rodzaju zdjęciach – bramkarzy. Od razu zauważyć można, mimo pełnego bramkarskiego ekwipunku i parkanów większych niż oni sami, że jeden z nich jest znacznie młodszy. To... 13-letni Walery Kosyl, który już wtedy trenował ze starszymi kolegami. Chciał grać w ataku, a że był najmłodszy i najsłabszy fizycznie, postawiono go w bramce. Nic dziwnego, że po takim szkoleniu ogniowym, jakie przeszedł na treningach, nie bał się później na lodowisku nikogo i niczego.
Złoty kij „Sportu”
Urodził się w 1944 roku w Alfeld koło Hanoweru w Niemczech, gdzie jego rodzice poznali się podczas robót przymusowych. Po zakończeniu wojny rodzina wyruszyła natychmiast do rodzinnej Łodzi i zamieszkała na Retkini, dziś wielkim osiedlu mieszkaniowym, a wówczas podmiejskiej wsi. Retkinia i sąsiedni Karolew to matecznik łódzkiego hokeja – blisko stąd na stadion ŁKS-u, gdzie wówczas znajdowało się naturalne lodowisko.
W lidze zadebiutował w roku 1962 i od razu stał się gwiazdą. Szybko zauważyła to dominująca wówczas w polskim hokeju Legia. Takie to były wówczas transfery, że nie nadążały za nimi gazety. Jeszcze w niedzielę Kosyl grał w ŁKS-ie i nikt z kibiców i dziennikarzy nie spodziewał się, że kilka dni później zagra już w Legii i to akurat przeciwko ŁKS-owi w Łodzi. Szok był tak wielki, że nawet nie było specjalnych protestów na widowni.
W tym miejscu wypada teraz napisać o jego 599 meczach ligowych (do 1983 roku), głównie w ŁKS-ie, bo z Legii wrócił do Łodzi po zakończeniu obowiązkowej służby, przywożąc ze sobą złoty i srebrny medal mistrzostw Polski, 112 występach w reprezentacji (plus 27 w meczach nieoficjalnych z drużynami B i młodzieżowymi hokejowych potęg), udział w dwóch turniejach olimpijskich (1972 i 1976), sześciu turniejach mistrzostw świata (w tym czterech grupy A) i takich zaszczytach indywidualnych jak tytuł najlepszego bramkarza turnieju „Izwiestii” w 1972 roku, czy Złoty kij „Sportu” dla najlepszego zawodnika ekstraklasy w 1973 roku. Bogata, ale bezduszna statystyka nie mówi jednak o nim wszystkiego, bo był to bramkarz niekonwencjonalny, na lodzie i poza nim, w grze i obok niej.
Przyczajony kot
Nie był typem bramkarza typu „tygrys w klatce”, który rzuca się szaleńczo na krążek i skacze od słupka do słupka. Flegmatyczny, ale zdecydowany i precyzyjny w ruchach, przypominał raczej przyczajonego kota, który czeka cierpliwie na ofiarę, aż ta przyleci do niego. Nie reagował więc na zwody napastników, wyprowadzając ich z równowagi, sami na niego wpadali. Kierował znakomicie obroną: gadał bez przerwy, ustawiał swoich obrońców przed bramką, a bramkarska maska wzmacniała jeszcze siłę jego głosu. Zdenerwowało to kiedyś nawet jego kolegę z drużyny Jerzego Frątczaka (też reprezentanta kraju rodem ze Zgierza), który poirytowany krzyknął w jego kierunku: „Ty, Wolna Europa, przestań nadawać!”.
Nie zapominał jednak, że hokej to twarda gra. Do legendy przeszedł jego występ na mistrzostwach świata w 1973 roku w Bukareszcie w meczu z USA, wygranym przez Polaków 6:5. Gdy jeden z amerykańskich zawodników zaatakował go ostro przy bramce, poczekał na moment, gdy doszło do przepychanki na skraju lodowiska z udziałem większej grupy graczy, dopadł swojego rywala i bezceremonialnie wyrzucił go za bandę. Na bankiecie po turnieju Amerykanin chodził z szacunkiem za Walkiem i chciał koniecznie napić się z gościem, który się go nie przestraszył. „Za Walkiem” – napisałem, bo tak go wszyscy nazywaliśmy, a Walerym był tylko w medialnych relacjach.
Jednorazowy wyczyn
Jest jedynym bramkarzem, który strzelił gola rywalowi z gry. Nudził się w drugoligowym meczu z Bzurą Chodaków tak bardzo, że w pewnym momencie ruszył do przodu, minął obrońcę i szerokim bramkarskim kijem strzelił gola. Kiedyś w czasie meczu wyjął organki z rękawicy i zaczął na nich przygrywać, innym razem z nudów położył się w bramce, bo przeciwnik nie był w stanie przebić się do tercji obronnej ŁKS-u. Sędziowie mieli z tym kłopot, bo przecież nigdzie nie jest napisane w przepisach, że nie wolno w czasie meczu grać na organkach albo leżeć w bramce…
Robił głupie i mądre kawały kolegom, a jeden drogo go kosztował, chociaż akurat to nie on zawinił. Po meczu był tak wyczerpany, że długo odpoczywał, zanim wszedł po prysznic. Zdarzało się po meczach wyjazdowych, że koledzy czekali już w autokarze gotowi do odjazdu, a on rozpoczynał dopiero kąpiel. Z szatni wychodził zawsze ostatni, a tym, co go popędzali, mówił z żelazną logiką: „Jak mamy zdążyć, to zdążymy”.
Tak było też pewnego dnia wiosną 1976 roku na zgrupowaniu kadry w COS-ie w Zakopanem, już po igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku, a przed katowickimi mistrzostwami świata. Ktoś nasikał na piecyk w saunie, a ponieważ jako ostatni wychodził z szatni Kosyl, padło na niego. Został wyrzucony z kadry, w mistrzostwach w Katowicach i w reprezentacji już nie zagrał. Tym razem jednak to nie jemu przyszedł do głowy taki pomysł, ale nie wsypał kolegi. To było tak dawno, że sprawa się przedawniła i można zdradzić szczegóły. Sam o tym nigdy nie mówił, od jego ówczesnych kolegów wiemy jednak, że chronił Mariana Fetera z bydgoskiej Polonii, reprezentacyjnego obrońcę, mieszkającego obecnie w Szwecji.
Klub zapłacił!
Oczywiście nie mogło zabraknąć groteski i absurdu na zakończenie kariery. W 1984 roku dostał propozycję rozegrania kilku meczów w zespole EV Zeltweg w austriackiej II lidze. Był to transfer bezgotówkowy, ale Austriacy mieli przekazać jako ekwiwalent 20 par butów z łyżwami. Z umowy się wywiązali, tyle że buty przejął COS, który był pośrednikiem w tym transferze, a ŁKS musiał je wykupić. Tak oto Walek stał się przedmiotem transferu, do którego jego macierzysty klub musiał jeszcze dopłacić.
Jego związki z ŁKS-em były do końca życia intensywne. Był trenerem pierwszej drużyny, szkolił w klubie młodzież, a po upadku sekcji w 1991 roku i likwidacji sztucznego lodowiska w Pałacu Sportowym był w grupie kilku osób, która podtrzymując ledwie się tlący płomień łódzkiego hokeja, założyła Łódzki Klub Hokejowy. Rokrocznie rozgrywany jest organizowany przez ŁKH turniej jego imienia.
To on był pierwszym trenerem Macieja Miarki, obecnego bramkarza reprezentacji, który był jego sąsiadem w bloku na Kozinach. „Przyszedłem na trening, bo trenerem był pan Kosyl” – wspominał w jednym z wywiadów Miarka. Brał udział w towarzyskim życiu klubu, czynnie działał w klubie seniora, dopóki zdrowie mu pozwalało, nie opuszczał żadnego meczu piłkarzy. A właśnie w piłce nożnej zrealizował swoje ambicje bycia napastnikiem – latem grywał w lokalnych klubach Elta i Orkan. Na boisku Orkana za jedną z bramek był solidny mur budynku na sąsiedniej posesji. Od razu zrodziła się więc teoria, że wyszczerbione cegły w tym murze to efekt jego atomowych strzałów.
Walery Kosyl zmarł w sobotę, 8 listopada w domu opieki w Konstantynowie Łódzkim. Był ostatnim z „wielkiej czwórki” łódzkich olimpijczyków w olimpijskim zespole w Sapporo w 1972 po Jerzym Potzu (zmarł w roku 2000), Krzysztofie Białynickim (2014) i Adamie Kopczyńskim (2021). O zmarłych mówi się często, że przegrali walkę z chorobą. Walek niczego nie przegrał – zostanie pamięć o wielkich meczach z jego udziałem, o tym, jakim był człowiekiem, rubaszne anegdoty. Należałoby go pożegnać nie żałobnymi mowami i pieśniami, a tak, jak żegna się sportowca schodzącego do szatni po meczu, w którym dał się z siebie wszystko, czylioklaskami i kibicowskim skandowaniem – Walery Kosyl, Walery Kosyl, Walery Kosyl…
Wojciech Filipiak
