W rewirze Bazalbuba

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Jeśli Raków nie awansuje do fazy ligowej europejskich pucharów, a po czwartkowej wpadce wiele na to wskazuje, to nie do Sosnowca będę miał najbliżej na Ligę Konferencji, a do Ostrawy. Na mecz z Legią nie mogłem pojechać z powodu obowiązków rodzinnych, więc wybrałem się na pojedynek Banika z Austrią Wiedeń. Ślązacy już od dziesięciu lat nie grają na legendarnych Bazalach, bo nowe przepisy nie kwalifikują tego obiektu do rozgrywek, tylko na miejskim stadionie w Witkowicach, po morawskiej stronie Ostravicy. Ale kibice tęsknią za starym obiektem i czują się na nowej arenie jak na zesłaniu, podobnie jak fani Ruchu na Śląskim i podobnie jak kibice Niebieskich czekają na budowę nowego obiektu, obiecanego przez władze miasta.

Maskotką klubu, jak przystało na klub górniczy, jest Bazalbub, belzebub z bazaltowych podziemi lub też kamrat z kopalni. Przybiłem z nim piątkę w kolejce po klobasu a pivo, jak basnik z banikiem (po czesku poeta z górnikiem), wyrobiłem sobie kartę Chachar Pass i zasiadłem wśród chacharów i poczułem się bardziej swojsko niźli to ma miejsce na Legii czy innym Widzewie. Oczywiście jako fan Ruchu mieszkający w Bielsku-Białej nie powinienem się wedle psychofańskich ewangelii przyznawać do tego, że zasiadłem w Ostrawie wśród Banikowców, bo Niebiescy i BKS mają z Ostrawą kosę, ale czniam wszystkich fanatyków po równo, jak już wspominałem niejednokroć, także na tych łamach. Kocham śląski futbol od Ostrawy po Gliwice, od Karwiny po Bytom – zwycięstwa Ruchu są mi najmilsze, ale wszystkim śląskim klubom życzę dobrze.

Takoż i Banikowi, przed którego meczem rozlega się hymn klubowy w wykonaniu Jaromira Nohavicy i łacniej mi wpada w ucho niż analogia z Cracovii, manierycznie śpiewana przez Macieja Maleńczuka. W ogóle czeszczyzna mości się w polskich uszach przyjemniej, brzmi łagodnie nawet w steku wulgaryzmów. Swojskość miłośników „Baniczka” wzmacnia jeszcze najczęściej spontanicznie używana przyśpiewka, nawet po zdobytych golach: „GieKSa Banik lolololo”, podkreślająca braterstwo z chacharami katowickimi – to już nie sztama, to jest miłość prawdziwa – w przyszłym roku będzie świętowane jej trzydziestolecie.

Mecz z Austrią okazał się jazdą bez trzymanki, zakończonym zwycięstwem gospodarzy 4:3, banicka obrona była do prdele (czytaj, hm… katastrofalna), za to z przodu Czesi mieli dużo ognia, więc ostatecznie dowieźli jednobramkowe zwycięstwo, ale nie byłbym optymistą przed wyjazdem do Wiednia, jeśli Banik będzie chciał tylko bronić wyniku. Maurice Malone na początku meczu i Mansprit Sarkaria pod koniec wykazali się umiejętnością, której mógłby się od nich uczyć Jean Pierre N’Same – idealnym timingiem wychodzenia do prostopadłych podań. Warszawski Kameruńczyk ostatnio kolekcjonuje nieuznane gole, bo wciąż minimalnie pali i choć zawsze coś trafi, powinien strzelać dwa razy więcej. Niepokoi mnie to, bo wszak minimalny spalony to nie jest pech, tylko może po prostu spóźniony czas reakcji?

Oglądałem równolegle Banika na żywo i Legię w telefonie, zaglądający mi przez ramię fan czeskiej ekipy był wyraźnie zadowolony z każdego gola Cypryjczyków – wszak dopiero co Legia wyrzuciła ich z Ligi Europy. To był istny oczopląs, bo w obu meczach padło w sumie trzynaście bramek i działo się sporo; jeszcze do czwartku zdawało się, że polski kibic będzie musiał przećwiczyć taki multiligowy tryb uwagi, ale nastąpiła bolesna weryfikacja planów.

Obstawiam, że będziemy się cieszyć, jeśli do Lecha na jesień dołączy choć jedna z naszych ekip i mimo wszystko typowałbym Legię, bo wpadkę sezonu już zaliczyła w Larnace, a z edynburskim Hibernianem na pewno w śródziemnomorskim upale nie zagra. Jagiellonia z Hajdukiem Split raczej nie da rady, a Raków jest w totalnym kryzysie i nic nie wskazuje na to, żeby na wyjeździe mógł odrobić straty z Maccabi Hajfa. Chciałbym wierzyć, że Jonathan Braut Brunes faktycznie w dniu urodzin złapał na tyle lekki uraz, że w rewanżu da radę zagrać, ale na tyle ciężki, że wyeliminował go z gry na jeden mecz. Bo jeśli faktycznie plotki o konflikcie Papszuna z Brunesem są prawdziwe, to trener załatwił swojej drużynie porażkę - Raków był bezzębny z powodu wyraźnego i dojmującego braku skutecznej dziewiątki, która jego potwornie schematyczne akcje dałaby radę wykończyć. Częstochowianie grali, jakby Brunes był na boisku, podawali wręcz piłki w miejsce po Brunesie. Żal tej porażki, zwłaszcza że przeciwnik nie pokazał absolutnie niczego wartego uwagi, ale takiego Rakowa też od dawna już nie da się oglądać.