W oczekiwaniu na cuda

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

Świetnie pamiętam ten dzień, 11 lutego 1972 roku. Człowiek był w wieku szkolnym, więc od rana po korytarzach niosła się wieść, że skoczek Wojciech Fortuna zdobył w Sapporo srebrny medal olimpijski. Nigdy się już nie dowiem, skąd to srebro w potocznym przekazie się wzięło, faktem jest, że radości było co niemiara. Nieco później nadeszła jeszcze bardziej szalona wiadomość: nie srebro, a złoto stało się udziałem 19-latka z Zakopanego. Wyobraźnia tego nie ogarniała; równie dobrze można było przyjąć, że właśnie Polak wylądował na księżycu.

No więc Polska oszalała... Nie tylko dlatego, że Fortuna znalazł się w składzie na igrzyska trochę psim swędem. Jego trenerzy, Janusz Fortecki (w kadrze) i Jan Gąsiorowski (klubowy), musieli się o to ostro wykłócać. Podobnie zresztą wykłócano się o udział w igrzyskach w 1956 roku Franciszka Gronia-Gąsienicy, który został pierwszym polskim olimpijczykiem - zdobywcą medalu (brązowy, za dwubój). I nie tylko dlatego, że skoki w naszym kraju już wówczas były niezmiernie popularne. A przecież wtedy zapewne rodzice Adama Małysza jeszcze się nie znali; on sam przyszedł na świat 5 lat po sukcesie Fortuny.

Polska oszalała przede wszystkim dlatego, że był to pierwszy z siedmiu złotych medali zdobytych dotychczas przez polskich sportowców na zimowych igrzyskach. Potem grubo dołożył Kamil Stoch – autor trzech najcenniejszych krążków. Trochę paradoksalnie nie udało się to Adamowi Małyszowi, który wyniósł skoki do rangi sztuki albo kolejnego przewrotu kopernikańskiego. Niech żałują tej atmosfery - małyszomanii - ci, którym z różnych względów nie dane było jej doświadczyć. W każdym razie cztery razy pan Adam stawał na podium igrzysk, ale ani razu na najwyższym stopniu.

Trudno się więc dziwić, że niemal od zawsze skoczkowie byli twarzami polskich ekip olimpijskich. Potem dołączyła do nich Justyna Kowalczyk. Trudno, żeby było inaczej, skoro pięć razy stawała na podium igrzysk, dwukrotnie sięgając po złoto.

Co nam z tego wszystkiego zostało w perspektywie rozpoczynającej się dzisiaj we Włoszech rywalizacji? Niewiele albo zgoła nic. Skoczkowie okupują ogony rywalizacji o Puchar Świata, nie dając wielkiej nadziei, że odmieni się im w Cortinie – skądinąd szczęśliwej dla nas. A gdyby zrobić sondę wśród kibiców polegającą na wskazaniu nazwisk biegaczy narciarskich, który udali się na igrzyska, to ilu by zrobiło to bez pudła?

Za to duża ich część miałaby to i owo do powiedzenia o awanturze wokół nominacji olimpijskich dla alpejek. O przepychankach między Polskim Komitetem Olimpijskim a Polskim Związkiem Narciarskim. O braku akredytacji dla polskiego ministra sportu, na co można zareagować zrobieniem wielkich oczu, bo takiego zdarzenia – przy rozmaitych politycznych sympatiach i antypatiach – nie sposób wydobyć z historii; przynajmniej polskiej historii. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że biało-czerwona ekipa udała się na igrzyska w średnio optymistycznych nastrojach – by uciec się do takiego eufemizmu.

Co pozostaje? Ano pozostaje oczekiwanie na cud. Tak jak ten z Fortuną w 1972 roku. Albo z łyżwiarzem szybkim, Zbigniewem Bródką, w 2014 w Soczi. Notabene akurat w perspektywie igrzysk we Włoszech panczeniści urośli do miana naszych faworytów do medali; i trzymajmy za nich kciuki, bo przy najlepszych chęciach trudno znaleźć dla nich alternatywę wśród przedstawicieli innych dyscyplin.

Ale... niech się znajdzie.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się