W co pakuje się Papszun?

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

W Nikozji nastąpił definitywny akt pożegnania Marka Papszuna z Rakowem Częstochowa. Akt piękny, w którym mieści się m.in. to, że jego drużyna awansowała bezpośrednio do fazy pucharowej Ligi Konferencji, nie ponosząc żadnej porażki. Pożegnanie godne tego trenera, na jego miarę...

Po okresie zaskakujących zawirowań, działań, spekulacji, chaosu wzmacnianych niespotykanym medialnym szumem idzie on do Legii Warszawa. Teoretycznie klubu najbogatszego na polskim rynku, a praktycznie na pewno bardzo źle zarządzanego. Problem w tym, że kogokolwiek by zapytać, na czym owo złe zarządzanie polega i jakie powinny być działania naprawcze, to w odpowiedzi najczęściej zobaczymy bezradnie rozłożone ręce. Doprawdy, chyba nikt nie wie, co zrobić. Owszem, słychać rozmaite głosy krytyczne, nie mówiąc o prześmiewczych, ale patrząc na nazwiska ludzi, których obarcza się odpowiedzialnością za głęboki kryzys - tak głęboki, że nie przypominają sobie takiego nawet najstarsi górale - człowiek się dziwi nieustannie. Czy taki Michał Żewłakow na przykład to nieudacznik? Albo Fredi Bobić? Czy on się na piłce klubowej nie zna? I dziesiątki innych ludzi, którzy przez Łazienkowską 3 się przewinęli, a których już nie ma, bo ich działania „nie spełniały oczekiwań”? I kibiców, i piłkarzy, i trenerów, i działaczy...

Nasuwa się proste skojarzenie, że za kryzys odpowiada właściciel klubu, Dariusz Mioduski, a konkretnie jego sposoby działania i zarządzania. Czy toksyczne? Bodaj nikt tego nie powiedział głośno, ale może tak jest? W każdym razie to, co się dzieje w Legii, jest powodem uwag sarkastycznych, szyderczych, pełnych również schadenfreude.

I w ten właśnie klimat, ciężki, smutny, żałobny niemalże, wchodzi - bo bardzo chce - Marek Papszun. Trzymając się tonu z lekka żartobliwego: przenosi się ze świętego częstochowskiego spokoju - jak to pod Jasną Górą - w sam środek stołecznych wojenek, w których nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, kto jest profesjonalny, a kto nieudacznik; z zasadniczym pytaniem: jak rządzić i zarządzać, skoro nie wiadomo, czy wojska będą podporządkowywać się rozkazom, czy też będą nowemu dowódcy robić pod górkę.

Są tacy, co powiadają, że jeśli nie da się rozsupłać węzłów (niech będzie, że gordyjskich), to trzeba podłożyć bombę, rozwalić wszystko i zacząć budowlę stawiać od nowa. Tylko czy Papszun będzie miał na tyle silną pozycję, by tak zrobić? Albo inaczej: czy będzie miał ku temu wszelkie pełnomocnictwa Mioduskiego? No! A ilu ludzi będzie mu podkładać nogę, tak by mu się powinęła i z roli zbawcy wpadł w rolę kolejnego psuja, którego szybko trzeba się pozbyć?

W Rakowie miał status półboga. Co tu dużo gadać, działo się tak za przyzwoleniem, a wręcz z bezwarunkowym wsparciem Michała Świerczewskiego, którego słowo było święte. Kolejne sukcesy podkreślały słuszność takiej drogi. Życząc trenerowi jak najlepiej, trzeba wyrazić wątpliwość, czy w Warszawie cieszyć się będzie równie bezwarunkowymi możliwościami i przywilejami, dzięki którym zdoła wyciągnąć Legię z zagrożenia (wiadomo czym), czy też rozmaite siły i czynniki bardzo szybko sprowadzą go do parteru.

Nastąpiło więc dzisiaj pożegnanie z czymś klarownym i przewidywalnym, a jednocześnie powitanie z czymś - nie wiadomo czym. Zdradzieckim bagnem?

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się