W Bytomiu zawsze dobrze się czułem
Rozmowa z Jakubem Dziółką, kandydatem na trenera Polonii Bytom, byłym szkoleniowcem m. in. ŁKS-u Łódź i Skry Częstochowa
Wkrótce okaże się, czy w przypadku przenosin Łukasza Tomczyka do Rakowa trenerem bytomian zostanie Jakub Dziółka. Fot. Artur Kraszewski / Press Focus
Kiedy trener obejmie stery w Polonii Bytom?
– Aby do tego doszło, musi być dobre flow i porozumienie dwustronne. Mogę potwierdzić doniesienia medialne, że rozmawiamy i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Możemy zdradzić, na jakim etapie są te rozmowy?
– Nie jest tajemnicą, że Polonia szuka trenera po tym, jak do Rakowa ma się przenieść Łukasz Tomczyk. Na giełdzie nazwisk pojawia się sporo trenerów, w tym moja osoba. Na pewno nie jestem jednak jedynym kandydatem. Jestem taką osobą, która o konkretach będzie mówić, gdy dojdziemy do porozumienia. Negocjacje są jeszcze na dość wczesnym etapie. Polonia zapewne będzie chciała trenera, który będzie kontynuował to, co rozpoczął Łukasz. To jest dość istotne kryterium wyboru.
Był pan ponoć o krok od objęcia funkcji w GKS-ie Tychy.
– Byliśmy w zasadzie dogadani, ale nazwisko Łukasza Piszczka okazało się bardziej kuszące dla tyskich działaczy. Dostrzegałem rzeczy, które trzeba w Tychach poprawić, ale ze sportowego punktu widzenia było to też jednak duże ryzyko, bo o utrzymanie może być bardzo ciężko. Z pewnością zadania się nie bałem i byłem gotowy je podjąć, ale mając inne opcje, trenerzy zawsze patrzą na to, co się może wydarzyć w najbliższym czasie.
Wróćmy jeszcze do Polonii. Czy fakt, że trener grał w tym klubie, ma znaczenie sentymentalne, czy przy podejmowaniu decyzji się na to w ogóle nie patrzy?
– Ja się zawsze dobrze czułem w Bytomiu. Są takie miejsca, że po prostu tak jest, a w moich czasach to było bardzo dobre środowisko. Łączyła nas na pewno też trudna sytuacja, potrafiliśmy się jednak skonsolidować i finalnie awansowaliśmy do ekstraklasy. Wydawało się to wręcz niemożliwe, bo sezon wcześniej Polonia utrzymała się dopiero po barażu. W Bytomiu zawsze była wysoka kultura pracy i zjednoczony zespół. Tamta ekipa stanowiła jedność, byli zarówno doświadczeni zawodnicy, jak i bardzo młodzi. Teraz w Bytomiu nie jestem tak często, ale zawsze wspomina się to miło.
Scenariusz z awansem do ekstraklasy w Bytomiu teraz też jest możliwy…
– Każdy, kto rozpoczyna rozgrywki w danej lidze, chce grać o jak najwyższe cele. Każdy jest ambitny i jest to zupełnie naturalne. Duże kluby w I lidze mają ogromne oczekiwania. Polonia jest wprawdzie beniaminkiem, ale to też klub z dużymi tradycjami. Może nie jest stawiana w gronie głównych faworytów, ale apetyty tam mocno urosły. Widać, jak ten klub się rozwija, poprzez dobrą organizację praktycznie co roku odnoszą sukces. Rozwijają się piłkarze, poprawia się infrastruktura, nie mówiąc o organizacji samego klubu. Postrzegany jest coraz bardziej pozytywnie.
Mamy tu do czynienia z efektem domina? Łukasz Tomczyk obejmie Raków, gdy Marek Papszun trafi do Legii i wtedy pan będzie mógł objąć Polonię?
– Z dziennikarskiego punktu widzenia tak to może wyglądać, ale ja nie mam takiej wiedzy, kiedy te rzeczy się zadzieją. Na jakim to jest etapie, pewnie wiedzą tylko właściciele Legii oraz Rakowa, a o całej reszcie możemy sobie pospekulować. Kluby prowadzą dziś nie tylko skauting zawodników, ale również trenerów, którzy mogliby podjąć pracę. Tak to dzisiaj funkcjonuje, żaden klub nie powinien być zaskoczony ewentualną stratą trenera.
Jeśli nie Polonia, to słyszałem, że rozważa trener wyjazd zagraniczny i to dość daleki.
– Pojawiła się taka opcja, ale na razie nie chciałbym o tym pomyśle za wiele mówić. Mogę powiedzieć tyle, że brzmi to dość ciekawie i jest to oferta z Azji. To rynek, który daje naprawdę duże możliwości pokazania się, ale więcej na razie nie chciałbym zdradzać. Priorytetowo podchodzę do ofert w Polsce.
Śledzi pan losy poprzedniego klubu, czyli ŁKS-u? Obecna sytuacja pokazuje, że w Łodzi to chyba nie trener był problemem…
– Moja praca i sztabu, który był w klubie w tamtym momencie, być może nie była na miarę oczekiwań tak utytułowanego klubu. Liczyliśmy na więcej, ale z różnych względów nie zdobyliśmy tyle punktów, ile zakładaliśmy. Było jednak ich więcej niż w analogicznym momencie tego sezonu. Każdy chciał, żeby ŁKS jak najszybciej wrócił do ekstraklasy, ale nie da się tego zrobić na skróty. Na przykładzie wielu klubów widać, jak ten proces jest trudny, bo I liga dziś jest bardzo wyrównana. Budżet ŁKS-u, jeśli chodzi o pensje, był trzy razy mniejszy od obecnego. Potencjał zespołu też był o wiele słabszy. Mieliśmy założenie, żeby do klubu wchodziło jak najwięcej zawodników do 26. roku życia. Chcieliśmy być jak najwyżej w Pro Junior System, oczekiwano wprowadzania zawodników z akademii. Ci, którzy już byli w drużynie, mieli się rozwijać, mam tu na myśli przede wszystkim Aleksandra Bobka czy Antoniego Młynarczyka, których dziś praktycznie nie ma, zasiedli na rezerwie, a mówimy o graczach, co do których wpływały zapytania od klubów za naprawdę dobre pieniądze. Reasumując – połączenie tych celów z walką o awans było po prostu niemożliwe, piłka jest zbyt dynamiczna i trzeba było reagować na bieżąco. Na wszystko potrzeba czasu, a mieliśmy go bardzo mało.
Rozmawiał Mariusz Rajek
