Uważam, że to był kabaret!
Rozmowa z Adamem Matyskiem, 34-krotnym reprezentantem Polski, bramkarzem Bayeru Leverkusen w latach 1998-2001
Bayer Leverkusen ma świetne skrzydła, a jedną z ich gwiazd jest wracający do klubu Moussa Diaby (z lewej). Fot. ANP/SIPA USA/PressFocus
Jak widzi pan szanse Lecha w meczu z Bayerem Leverkusen?
– Rywal renomowany, ale to na pewno nie jest ta drużyna, co za trenera Xabiego Alonso. Są na 4. miejscu, ale tracą dużo bramek – po pięciu kolejkach mają ich 8. Lech będzie upatrywał swojej szansy w słabej grze defensywnej Bayeru, tym bardziej że zagra u siebie. Obserwując jego ostatnie spotkanie ze Śląskiem Wrocław, totalnie zdominował rywala, pokazywał wyższą kulturę gry. Zgadza się, teraz będzie przeciwnik z innej półki i... jestem ciekawy tej konfrontacji. Tym bardziej, że punkty są potrzebne i fajnie by było, gdyby polskie drużyny zdobywały je na arenie międzynarodowej.
W magazynie kicker analizowano – jak pan mówi – że Leverkusen miewa chwiejną obronę, ale za to rozpędza się w ofensywie. A Lech zainaugurował Ligę Europy od... 0:4 z Crystal Palace, również zespołem z ligi TOP 4. Można być więc lekkim pesymistą...
– Wziąłbym pod uwagę wszystkie czynniki: długa przerwa różnych reprezentantów, późniejsze wejście w treningi po mundialu, okres przygotowawczy... To było zachwiane i dotyczy każdej drużyny, która miała swoich przedstawicieli na mistrzostwach świata. To zaburza przygotowania. Ostatnio mieliśmy długą przerwę reprezentacyjną, prawie miesięczną, a to też nie pomaga w zgrywaniu schematów i scalaniu drużyny. Wydaje mi się, że będziemy jeszcze widzieli wahania formy każdego zespołu, który gra w pucharach. Leverkusen na inaugurację Bundesligi przegrywało w Elversbergu 0:3, tracąc dwa gole w dziewięć minut! To była katastrofa, wchodząc w rozgrywki w taki sposób z beniaminkiem (skończyło się 2:3 – przyp. red.). Oczywiście, potem wygrali 4:0 z Unionem Berlin, pokonali też Lipsk 2:0, ale mimo wszystko to pokazuje, że ta drużyna potrzebuje czasu na zgranie się. Ofensywa – bez dyskusji, ale defensywa daje Lechowi nadzieję, że będzie w stanie stwarzać sytuacje bramkowe. Tym bardziej, że Kolejorz też jest mocny w ataku.
Co do ataku Bayeru jeszcze, to w pierwszym meczu LE pokonał 2:0 słoweńskie Celje, wystawiając właściwie pierwszy garnitur – a w nim na szpicy zagrał słynny Patrik Schick. Czech znowu jest w wysokiej formie, przewodzi klasyfikacji strzelców Bundesligi. Jak go zatrzymać?
– To bramkostrzelny napastnik i to nie ulega wątpliwości. Trzeba mieć na niego baczną uwagę, bo z każdej pozycji potrafi strzelić gola. Obrońcy Lecha muszą na niego zwrócić uwagę – ale nie tylko na niego, ponieważ Leverkusen ma też bardzo mocne skrzydła. Grając u siebie, musisz jednak grać o zwycięstwo, bo choć rozgrywki są długie, to punkty są potrzebne. Czeka nas ciekawe spotkanie. Choć serce bije dla Leverkusen, bo tam występowałem i życzę im jak najlepiej w tych rozgrywkach, to Lechowi także życzę udanego spotkania i fajnego widowiska, bo - podkreślę -on też jest mocny w ataku.
Tyle że w ofensywie Kolejorza nie trafia strzelec wyborowy, Mikael Ishak. W 13 meczach ma trzy gole, ale ostatniego zdobył 9 sierpnia... A w meczu z takim rywalem trzeba wykorzystać wszystko, co uda się wypracować.
– Aż tak zaniepokojony tą sytuacją bym nie był. Ishak już jakiś czas gra w naszej ekstraklasie i wielokrotnie pokazywał – w każdym sezonie – jak ważnym jest ogniwem dla drużyny i jak ważne bramki zdobywa. Byłbym tutaj spokojny. To kwestia czasu. Niefortunna była ta przerwa reprezentacyjna, bo uważam... że to był kabaret. To, co się wyprawia, zakłóca rozgrywki Champions League, rozgrywki ligowe. Wszystko jest postawione na głowie i to nie sprzyja żadnym klubom.
Mówi pan, że Bayer Leverkusen nadal jest w sercu, więc proszę powiedzieć, jak pan wspomina tamten okres? Minęło już ponad 25 lat...
– Już najstarsi górale nie pamiętają tej historii (śmiech). Fakt jest taki, że piłka jest nieubłagana, idzie do przodu, jedni kończą, drudzy wchodzą, rozgrywki stają się bardziej interesujące... To był dla mnie bardzo udany czas i dobrze go wspominam. Dostałem szansę i wykorzystałem ją. Tego się nie zapomina – gry z takimi zawodnikami, jak Michael Ballack, Lúcio, Ulf Kirsten, Bernd Schneider, Jens Nowotny, Niko Kovač, Ze Roberto... To nazwiska, które elektryzują. Wiadomo, że one nie są teraz na pierwszych stronach gazet, ale mieliśmy bardzo dobrą drużynę.
Ale historyczne mistrzostwo zostało zdobyte dopiero w 2024 roku! To wciąż świeża sprawa, lecz można zaryzykować stwierdzenie, że drużyna sprzed dwóch lat nie miała takiej „aury”, jak ta z pana czasów. Wtedy mogliście odczuwać trochę niedosytu, że gablota nie została otwarta.
– „Trochę” – to jest bardzo uprzejme określenie (uśmiech). Rozczarowanie było bardzo duże. Goniliśmy wtedy Bayern Monachium. W pewnym momencie, na kilka kolejek przed końcem, zrównaliśmy się punktami, potem go prześcignęliśmy, ale ostatnia kolejka i różnica bramek zadecydowały, że nie zdobyliśmy mistrza (sezon 1999/2000, gdy Matysek był podstawowym bramkarzem Leverkusen. W ostatniej kolejce przegrali 0:2 z Unterhaching – przyp. red.). Czasy się jednak zmieniły. Potem z zespołu odszedł trener Klaus Toppmöller, który (w sezonie 2001/02 – przyp. red.) przegrał finał Ligi Mistrzów, finał Pucharu Niemiec i Bundesligę o punkt. To się ciągnęło za Leverkusen. Dopiero zatrudnienie nieoczywistego trenera Xabiego Alonso odmieniło ten klub, wprowadzając go na niesamowite tory. W sezonie 2023/24 zdobyli Puchar Niemiec i mistrzostwo bez przegranego meczu. Ulegli tylko w finale Ligi Europy z Atalantą. Ta historia zapisała się w kronikach Leverkusen na zawsze.
Rozmawiał Piotr Tubacki
Adam Matysek wierzy w Lecha, choć Bayer jest bliski jego sercu. Fot. Tomasz Folta/Press Focus
