Utrzymanie albo śmierć!

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Taki komunikat, w nieparlamentarnej wersji, usłyszała drużyna Legii od swoich wiernych fanów po cudem uratowanym remisie w Gdyni. Antonio Colak nie zdążył się jeszcze nacieszyć z błyskawicznego dubletu, dzięki któremu warszawianie wyrwali punkt w meczu, zdawałoby się, nieuchronnie przegranym, a już przeszły mu innego rodzaju ciarki po plecach. Żyleciarze zamiast podziękować swoim zawodnikom za skuteczną walkę do końca, uznali, ze należy ich zmotywować do zwycięstw, a nie remisów (skądinąd słusznie, bez zwycięstw Legia na pewno nie obroni ekstraklasy), przy czym metody motywacyjne to już czysty kryminał.

Kibolstwo warszawskie wieszało już transparenty z groźbami karalnymi wobec polityków spoza kaczystowsko-konfederackiej galaktyki, wobec własnych zawodników stosowało już karne plaskacze parkingowe, ale wyskandowane „Posłuchajcie! A jak spadniemy, to wszystkich was zajebiemy” to nowa jakość, dotąd jednak na naszych stadionach nieznana. Ci sami frajerzy w legijnych barwach jęczą przez całe mecze swoją mdłą mantrę o tym, jak to oddaliby swe życie Legii po dwakroć, gdyby jeszcze raz się urodzili, a potem grożą swoim graczom, że im to życie odbiorą. Zaprawdę, fanatycy Legii to ciężka patologia, na miejscu Papszuna i jego zawodników brałbym nogi za pas; niech sobie Żyleta założy własną ekipę i startuje od B klasy, a piłkarze i zarząd, dopóki mogą, niech wyjadą z tego miasta utrapienia w bezpieczniejsze miejsca.

Obyczaje legijnego kibolstwa jako żywo przypominają mental dzikusów, którzy dorywali się do władzy w krajach trzeciego świata. Na takim na przykład Haiti rządził niegdyś krwawy „Papa Doc” Chevalier. Jego syn przepchnął Haiti na mundial za własne pieniądze (w meczu eliminacyjnym z Trynidadem przekupiony sędzia nie uznał… czterech goli dla rywali), więc domagał się wielkich wyczynów wbrew realnej sportowej wartości zespołu. Arbitrów na mistrzostwach świata w Niemczech już nie dało się kupić, ale Haitańczycy dzielnie walczyli w pierwszym meczu z wicemistrzami świata. Tuż po przerwie Dino Zoff został pokonany po rekordowych 1174 minutach bez straty bramki przez Emmanuela Sannona i sensacja wisiała w powietrzu przez sześć minut, dopóki Włosi nie wyrównali za sprawą Gianniego Rivery. Ostatecznie skończyło się 3:1 dla Włochów, ale ambicje Chevaliera po tym meczu tylko urosły, więc kiedy po meczu reprezentacyjny stoper został wykluczony z turnieju za doping, haitańskie służby specjalne pobiły piłkarza na oczach kolegów z drużyny, zapakowały do bagażnika i wytransportowały z powrotem na Karaiby. Powiedzieć, że morale drużyny spadło, to nic nie powiedzieć – w następnym meczu sparaliżowani ze strachu dali się ograć Polakom 0:7. Dopiero kiedy przed ostatnim spotkaniem z Argentyną, rzeczony stoper na rozkaz mundurowych zatelefonował do drużyny i potwierdził, że żyje, Haitańczycy nieco odetchnęli i znowu honorowo przegrali z Argentyną 1:3.

Owóż, groźby śmierci raczej pętają nogi niż motywują do nadzwyczajnego wysiłku. Analogiczna sytuacja na tym samym mundialu miała miejsce z kadrą Zairu. Kiedy drużyna dowiedziała się, że ich premie przejedli działacze ze świty Mobutu Sese Seko, postanowiła zbojkotować mecz z Jugosławią. Ostatecznie zagrała, bo sama FIFA pod presją zapłaciła piłkarzom, ale wynik był katastrofalny, jeden z najwyższych w historii mundiali, Afrykańczycy przegrali 0:9. Przed ostatnim meczem z Brazylią dowiedzieli się od swojego satrapy, że w razie kolejnej kompromitacji nie mają po co wracać do domu. Co w warunkach krwawej dyktatury nie było czczą pogróżką. Facet, który dorwawszy się do władzy oficjalnie zmienił swoje nazwisko na „Wszechpotężny Wojownik Który Nie Zaznał Porażki Z Powodu Swej Niezwykłej Wytrzymałości I Niezłomnej Woli I Który Krocząc Od Zwycięstwa Do Zwycięstwa Pozostawia Za Sobą Zgliszcza” nie musiał udowadniać, że jest groźnym nie poczytałem (skądinąd czekam, kiedy Trump zmieni nazwę państwa i przy okazji wymyśli sobie równi malowniczy przydomek; czuję, że jest już blisko). W meczu przeciw Canarinhos Afrykanie szans nie mieli, ale desperacko walczyli o życie wszelkimi sposobami - do historii przeszedł Mwepu Ilonga, który wyskoczył z muru i odkopnął piłkę ustawioną do rzutu wolnego przez rywali. Skończyło się na litościwym 0:3, co Mobutu uznał za wynik honorowy i łaskawie nie potraktował reprezentacji jako karmy dla lwów. W warunkach autorytarnych reżimów policyjnych lub wojskowych takie masowe likwidacje osób, które podpadły władzom, nie były niczym niespotykanym – argentyńska junta, która zorganizowała mundial 1978, „zniknęła” dziesiątki tysięcy osób. Mario Kempes i koledzy zdobyli mistrzostwo świata, ale nie wiadomo, jaki los spotkałby ówczesne gwiazdy Albicelestes, gdyby się na turnieju skompromitowały.

Tragiczną ofiarą piłkarskiego kiksu stał się podczas amerykańskiego mundialu 1994 Andres Escobar, który w meczu przeciw gospodarzom, decydującym o wyjściu z grupy, strzelił bramkę samobójczą. Kolumbia przegrała, wróciła do domu, a reprezentacyjny obrońca został rozstrzelany przez jednego z fanatycznych kibiców; przy każdym z sześciu śmiertelnych strzałów gangus krzyczał „gol!”.


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się