Upadki i piruety
Michał Niewiński z dziewiątym miejscem na 1000 m, najlepszym w historii polskiego short tracku w igrzyskach olimpijskich. Natalia Maliszewska w biegu na 500 m zaliczyła upadek w ćwierćfinale i odpadła z rywalizacji.
Natalię Maliszewską prześladuje na igrzyskach pech. Fot. IMAGO/ PressFocus
SHORT TRACK
Jako pierwsza do ćwierćfinałowej rywalizacji przystąpiła Maliszewska. Startowała w drugim biegu, wraz z dwiema reprezentantkami Kanady, Courtney Sarault i Florence Brunelle, Chinką Kexin Fan i Belgijką Hanne Desmet. Do kolejnej fazy kwalifikowały się dwie najlepsze zawodniczki z każdego z czterech biegów oraz dwie z najlepszymi czasami z drugich miejsc.
Po tym, co mówiła nasza zawodniczka po eliminacjach, trudno było być optymistą. - Nie mogłam się rozpędzić tak, jak bym chciała. Jedynym plusem jest awans do następnej rundy. Nie trafiłam z dniem, nie trafiłam z dyspozycją. Zrobiłam wszystko, co mogłam, ale nie dało to takiego efektu, jakiego się spodziewałam. Może w czwartek będzie mi się jechało trochę lepiej. Zobaczymy – stwierdziła wówczas Natalia Maliszewska.
Liderka naszej kadry startowała z piątego toru. Od początku jechała na ostatniej pozycji, za Chinką Kexin Fan. Czekała na odpowiedni moment do ataku. Było coraz bliżej mety, a ona wciąż była na ostatniej pozycji. Na czwartym okrążeniu w końcu zaryzykowała. Ostro ruszyła do przodu i zaatakowała Chinkę. Niestety, straciła równowagę. Przewróciła się i poleciała w bandy. Marzenia o medalu prysły. - Upadłam, bo zaryzykowałam – mówiła bezpośrednio po biegu w rozmowie z Eurosportem. - Zrobiłam super start, ale czułam, że lód nie jest idealny i zrywa mi końcówkę odbicia. Na takim lodzie to jest jednak normalne, więc powiedziałam sobie: albo ja przechodzę, albo Chinka. Nie chciałam cały czas jechać za nią. I kiedy chciałam docisnąć, to po prostu puściło – tłumaczyła.
Mimo niefortunnego zakończenia rywalizacji Maliszewska była usatysfakcjonowana swoją postawą. - W końcu czułam się jak ja i zrobiłam wszystko, co mogłam, naprawdę! Mimo że upadłam i nie przeszłam tego biegu, jestem z siebie naprawdę dumna. Strasznie się cieszę i nie obwiniam się za nic. Nie obwiniam też nikogo, upadek wynikał z chęci walki o kolejny bieg. Wyszło, jak wyszło, ale naprawdę jestem z siebie zadowolona - podkreśliła.
W gronie dwudziestu zawodników rywalizujących na 1000 m nasz kraj miał jednego reprezentanta, Michała Niewińskiego. Polak w ćwierćfinale mógł mówić o szczęściu w nieszczęściu. Tak jak w przypadku Maliszewskiej również zaliczył upadek, po scysji z próbującym go wyprzedzić Włochem Pietro Sighelem. Polak szybko się jednak pozbierał, ale rywali nie dogonił. Linię mety minął jako ostatni. Wiadomo było jednak, że sporną sytuację analizować będą sędziowie. Werdykt był pozytywny dla naszego reprezentanta. Włocha uznano winnym upadku Niewińskiego i go zdyskwalifikowano. Polakowi natomiast przyznano awans do półfinału, mimo że dojechał na ostatniej pozycji. – To nie była oczywista sytuacja. Rozmawiałem z Pietro na mecie i powiedziałem mu, że szczepiliśmy się płozami. Potem, gdy obejrzałem sytuację jeszcze raz, okazało się, że Włoch mocno zmienił tor jazdy – tłumaczył Michał Niewiński. - Decyzje sędziów są loterią. Na innych zawodach równie dobrze mogli uznać, że nic się nie stało - dodał.
Kolejne starty nie były już tak udane. W półfinale jechał z tyłu. Gdy chciał zaatakować, kolizja dwóch jadących przed nim rywali wytrąciła go z rytmu. Ostatecznie linię metry minął jako trzeci.
W finale B z kolei był czwarty. Ostatecznie został sklasyfikowany na 9. miejscu. To i tak najlepszy wynik polskiego zawodnika w historii występów w igrzyskach olimpijskich. – To był przewrotny dzień. Najpierw piruet, upadek, a potem awans do półfinału. Oczywiście liczyłem na medal, ale jestem zadowolony, jechało mi się dobrze. Mama na trybunach, prezentacja przy rodzicach. Do końca życia zapamiętam tę chwilę – mówił z uśmiechem na ustach.
(mic)
