Ulepek

POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza

Paplanina polskich trenerów na tematy (około)sędziowskie osiągnęła rozmiary pandemii. Poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami nie ma już w naszej lidze szkoleniowca, który po porażce nie zwala winy na arbitrów. Nic to, że napastnik spudłował do pustaka, bramkarz puścił babola pod brzuchem, a taktyka okazała się do bani. Faktyczne lub - częściej - wyimaginowane błędy sędziowskie ukoją ból całego sztabu, a ciemny lud to kupi. Nasi panowie trenerzy zapatrzyli się w Jose Mourinho, który z mobbingu sędziów uczynił swój znak rozpoznawczy i to sztandarowy, tyle że słynny Portugalczyk ma ogromne dokonania, świetny warsztat i wielką charyzmę. Poza tym sam publicznie przyznał, że krytykowanie arbitra od początku meczu to z jego strony wyrafinowana gra, swoisty test sprawdzający czy pan z gwizdkiem jest mięczakiem, czy twardzielem. Z tym pierwszym można sobie pogrywać dalej, a drugiemu odpuścić i zająć się prowadzeniem zespołu. Słyszałem, że sędziowie już się na tę permanentną krytykę uodpornili. I bardzo dobrze! To jak ciągłe pohukiwanie na dziecko w domu lub w szkole. Po pewnym czasie rodzicielskie czy nauczycielskie połajanki małolat jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza. Dziwne były żale trenera Leszka Ojrzyńskiego wobec arbitra z Japonii za to tylko, że... jest Japończykiem, innych zarzutów nie usłyszałem. Pewnie chodzi o to, że swojemu można nawtykać, a samurajowi nie, bo i tak nie zrozumie. Nasi sędziowie są trochę sami sobie winni nie reagując na histerię wokół ławek. To nie jest normalne gdy trener każe młodemu arbitrowi technicznemu podejść do siebie by wylać swoje żale, a ten karnie podchodzi. Gdybym pół wieku temu w szkole zachował się tak wobec nauczycielki, to ucho by mi wyrwała z korzeniami i dołożyła linijką po łapach. Tak to kiedyś bywało, dziś przemoc fizyczną zastąpiła psychiczna i to w drugą stronę, uczniowie i rodzice bywają roszczeniowi na maksa. Ich zdaniem to nie dom rodzinny a szkoła ma wychowywać. Ale to temat na osobny felieton albo nawet kilka.

Gdzie tkwi problem łódzkiego Widzewa? Jest niebotyczna kasa, właściciel z najwyższej biznesowej półki, fanatyczni kibice, a wyników brak. Moim zdaniem powodem są ludzie, inni niż kiedyś w tym klubie. Brak im widzewskiego DNA, to armia zaciężna zarówno na boisku jak w gabinetach dyrektorskich. Gdzie serce Smolarka, Bońka i Tłokińskiego na murawie oraz Sobolewskiego, Gapińskiego, pań Basi i Grażynki w sekretariacie? Drągowski, Kapuadi i Bukari nie dadzą tyle zdrowia co dawni Widzewiacy, a Burlikowski z Adamczukiem nie będą dobrymi duchami klubu jak Wroński z Gapińskim, bo są tylko w delegacji. Świetni kibice nie zasłużyli na taki los.

W miniony weekend zdradzałem wczasującą sobie żonę i czyniłem to z upodobaniem. Uprzedziłem ją zresztą, a chwilową wybranką była oczywiście piłka nożna. W roli słomianego wdowca wybrałem się na 6 meczów różnych klas, przemierzyłem szmat drogi po pięknej już wiosenną zielenią Polsce. Spotkałem wielu ludzi, z Janem Urbanem i Markiem Koźmińskim na czele, jednak największym przeżyciem była rozmowa z 12-letnim synem Jacka Magiery. Ten wspaniały chłopiec przypomniał mi spotkanie w telewizyjnym studiu podczas ostatniego Euro. Gdy jego tata komentował mecz, ja z Magierą juniorem grałem w piłkarzyki i opowiadałem o Maradonie i Messim. Janek z mamą, siostrą i wujkiem pojawili się na murawie stadionu Legii przed meczem z Zagłębiem, byli bardziej fetowani niż piłkarze. Są na stadionach dobrzy ludzie, jest ich bardzo wielu, czego nie dostrzegają intelektualne „elyty” głoszące pogardę wobec kibiców choćby nazywając ich kibolami. Pięknoduchom z profesorskimi tytułami radzę więcej empatii i skromności. To one świadczą o klasie człowieka.

Emmanuel Olisadebe wraca na chorzowski stadion, za kilka dni zagra w pokazowym meczu gwiazd. Przypomną się nam jego piękne gole, które zaprowadziły nas na mundial po 16 latach niebytu. Nigdy nie zapomnę min ukraińskich dygnitarzy gdy Emsi strzelał gole dla Polski w Kijowie. „Czarny Polak, taka jego mać" - pomstował wściekły oligarcha Grigorij Surkis do prezydenta kraju Łeonida Kuczmy. Warto wybrać się w niedzielę do Chorzowa, gdzie na murawie pojawi się konstelacja zagranicznych i krajowych gwiazd.

Są ludzie, którzy zepsują wszystko za co się wezmą. Na szczęście nie ma ich przy budowie mostów, ale w sporcie jak najbardziej. Unicestwiają kluby, odbierają marzenia młodym sportowcom. Wielkim psujem był Ireneusz Król. Gdy pogoniono go z Katowic, wziął się za grzebanie Polonii Warszawa i prawie mu się udało. Legendarny czek z Wiednia nie nadchodził miesiącami, zresztą nigdy nie istniał. Był podobny gagatek w żeńskiej siatkówce i szczypiorniaku w Warszawie. W koszykówce uzdrowiciel tak naprawiał zasłużoną Skrę, że trzeba było zespół wycofać z najniższej możliwej ligi. A chodziło jak zawsze o konfitury z miejskiej spiżarni. Były też przypadki odwrotne, chwalebne. Zbigniew Drzymała w Groclinie Grodzisk Wielkopolski i Jacek Rutkowski z Amice Wronki sprawili, że o tych klubach z uznaniem mówiono w Europie. Dziś na wielkie uznanie zasługują państwo Danuta i Krzysztof Witkowscy z Niecieczy. Co prawda „Słonie" spadają z ekstraklasy, ale pewnie szybko do niej powrócą jak poprzednio. We wsi nad Dunajcem powstał piłkarski raj. Co weekend setki dzieci z bliższej i dalszej okolicy rozgrywają turnieje na pięknych boiskach wśród pól i łąk. Niecieczański projekt nie upadnie z powodu być może krótkiej degradacji, z tej mąki już jest chleb. Mało gdzie społeczna odpowiedzialność biznesu realizowana jest tak uczciwie jak w Bruk-Becie Nieciecza.

Nie ukrywam, że lubię lekko osłodzoną herbatę, ale co za dużo, to niezdrowo. Za dużo cukru robi z napoju ulepek, to określenie mojej babci. Nie da się tego pić. Tak niestety zapowiada się zbliżający się szybkimi krokami mundial za Wielką Wodą. Po odpadnięciu reprezentacji Polski oczekiwania opadły jak liście z jesiennych drzew. Pewnie znajdą się nawiedzeni, którzy wstaną w środku nocy na mecz Curacao z Ekwadorem, ale ja dziękuję - pośpię. Prezydent FIFA, Gianni Infantino, zachował się infantylnie, wsypał do mundialowej herbaty całe wiadro cukru. Będziemy mieli ulepek jak się patrzy!

Leszek Ojrzyński na myśl o arbitrze z Japonii... Fot. Tomasz Folta/ PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się