Ukształtowały mnie pokora i mądrość
Rozmowa z Leszkiem Ojrzyńskim, trenerem wicelidera ekstraklasy, Zagłębia Lubin
Pokora i życiowa mądrość - te dwie rzeczy zdaniem Leszka Ojrzyńskiego najmocniej go ukształtowały. Fot. Tomasz Folta/PressFocus
- Wiadomo, że to jest wielki zawód dla wszystkich, bo liczyliśmy, że znów się znajdziemy w tym gronie. Ostatnie minuty meczu ze Szwecją zadecydowały, niestety, że stało się inaczej. Wielka szkoda, bo mieliśmy sytuacje ku temu, żeby to wygrać. Z doświadczenia wiem, że gdy traci się trzy bramki, to rzadko kiedy się wygrywa. Niestety kolejny raz się to potwierdziło.
Powrót do ligowych emocji będzie chyba najlepszym antidotum na tego reprezentacyjnego kaca. Zanim przejdziemy do Zagłębia: co pan w ogóle myśli o tym sezonie ekstraklasy? Spoglądając na tabelę można odnieść wrażenie, że to jest kompletne szaleństwo.
- Jestem w ekstraklasie od 2011 roku jako trener, śledzę to wszystko wnikliwie i na tym etapie tak niewielkich różnic punktowych faktycznie nie pamiętam. Nawet w czasach, gdy tabela była dzielona na grupę mistrzowską oraz spadkową, a punkty na pół! To powoduje arcyciekawy sezon. Dobra passa w kilku meczach z rzędu sprawia, że grasz o puchary, a w sytuacji odwrotnej jesteś zamieszany w spadek. Osiem kolejek do końca i dużo punktów jeszcze do zdobycia. Różnice są na wyciągnięcie ręki i każda drużyna, która walczy o utrzymanie, może poza Bruk-Betem, jest w stanie jeszcze ostro ruszyć w górę. Takiego sezonu dawno, dawno nie było, a może nawet w ogóle. Historycy naszej piłki powinni się tym zająć, czy kiedyś z czymś podobnym mieliśmy do czynienia. Sam jestem ciekaw, co z tego wszystkiego na sam koniec wyjdzie. Ciśnienie będzie niesamowite, bo jedno zwycięstwo może sprawić przesunięcie o 6-7 pozycji w tabeli. Niesłychana sytuacja.
Wspomniał trener o ciśnieniu. To zapytam, jak duże jest ono w Lubinie? Europejskie puchary wydają się w zasięgu ręki, a i mistrzostwo nie jest czymś niewykonalnym. Często wspominał pan na konferencjach, że najpierw musicie się utrzymać, ale to już chyba była fałszywa skromność.
- Matematycznie? Wciąż nie możemy być pewni utrzymania. Wiemy, że nawet bardzo dobre drużyny mogą złapać serię kilku porażek z rzędu, to się już zdarzało. Nie chcemy się w to uwikłać, ale taką złą minipassę właśnie złapaliśmy. Na razie na szczęście dotyczy ona tylko dwóch przegranych 0:1 meczów. Musimy szybko wrócić na zwycięską ścieżkę, bo każdy przegrany mecz powoduje większą niepewność i poczucie zakłopotania. Podchodzimy do tego bardzo ambitnie, każdy mecz chcemy wygrać, a jak nie będziemy tego robić, to nasza pozycja będzie spadać. To się już stało, spadliśmy z pierwszego na drugie miejsce. Mówię te słowa o utrzymaniu oczywiście nieco asekuracyjnie, ale matematycznie faktycznie nie jest ono jeszcze pewne. Gdyby wyniki ułożyły się wybitnie nie pod nas, mógłby się pojawić problem. Zawsze się przypomina też historię Wisły Płock sprzed trzech sezonów, gdy długo byli liderem, a potem pożegnali się z ligą. Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe, ale do przodu trzeba patrzeć z optymizmem.
W spadek Zagłębia w tym momencie bym nie uwierzył, w mistrzostwo - prędzej. Czy władze klubu w trakcie rundy wiosennej zmieniły panu cel? Bo te apetyty musiały mocno urosnąć. Czasami trenerzy wręcz płacą karę za zbyt dobre wyniki...
- Zawsze jest niezadowolenie, gdy się przegrywa, bo ten apetyt faktycznie rośnie. Jak się jest wysoko i wszystko tak naprawdę zależy od ciebie, to każdy w klubie marzy, aby się na tym szczycie utrzymać. Wejść na górę jest jednak zdecydowanie łatwiej niż tam zostać. Wydaje mi się, że w klubie jest zdrowe podejście. Marzenia marzeniami, ale podchodzimy do tego pokornie. Każdy przeżywa to też dość indywidualnie. Przed sezonem przecież o mistrzostwo miały walczyć Widzew z Legią, a na razie mają ogromne problemy, nie tylko oni zresztą. Cieszymy się z tego, gdzie my dziś jesteśmy i ciśniemy dalej. Ja po ostatnich meczach mogę być rozczarowany, bo chcieliśmy zarówno z Lechem, jak i Motorem wygrać, a nie zdobyliśmy nawet jednego punktu.
Wiadomo, że w klubach piłkarskich pewne rzeczy trzeba planować z dużym wyprzedzeniem, dlatego chciałem zapytać czy Zagłębie jest gotowe, zarówno sportowo jak i organizacyjnie, na europejskie puchary, jeśli uda się do nich awansować?
- To jest niby blisko, ale zarazem daleko. Proszę mi wierzyć, że podchodzę do tego z naprawdę dużą pokorą. Po pierwszej rundzie byliśmy na piątym miejscu. Na starcie rudny okazało się ponadto, że jesteśmy najbardziej osłabioną drużyną w ekstraklasie, bo straciliśmy Leonardo Rochę, który był najlepszym strzelcem; nie mamy Kajetana Szmyta, który dawał świetne asysty, skupiał na sobie obronę przeciwnika, potrafił grać jeden na jeden. Straciliśmy też Mateusza Wdowiaka, który wprawdzie aż tak dużo nie grał, ale zawsze był w rezerwie. Do tego dochodzą kontuzjowani zawodnicy jak Aleks Ławniczak, który fantastyczną przewrotką dał nam punkty na Lechu i był naszym podstawowym obrońcą. Na początku rundy nie mieliśmy Marcela Reguły – jednego z najlepszych zawodników obecnie w ekstraklasie. My naprawdę mamy całkiem poważne problemy, próbujemy wycisnąć z tego, co mamy, najwięcej ile można i zobaczymy, jak ten sezon się zakończy. Działacze niech dobrze przyglądają się temu wszystkiemu i planują przyszłości. Ja się skupiam przede wszystkim na tu i teraz, bo sezon trwa. Mam co robić i nad czym myśleć.
Wspomniał pan Rochę, to zapytam krótko: dlaczego w Radomiu i Lubinie strzelał wybornie, a w Rakowie kompletnie mu nie idzie?
- Oj, na to pytanie nie odpowiem. Mogę mówić na temat swojej drużyny, a dlaczego coś nie działa w Rakowie nie powiem, bo mnie tam nie ma.
To jeszcze krócej: dlaczego strzelał w Lubinie?
- Miał zaufanie, a zawodnik bardzo tego potrzebuje: jeden mniejszego, drugi trochę więcej. Miał nakreślone pewne zadania na boisku, być może też nasz styl gry wybitnie mu pasował. Wiedzieliśmy, że on może nam dać dużo i pewne rzeczy robiliśmy pod niego, wykorzystując jego potencjał, a maskując momenty, gdzie trzeba to było inaczej ułożyć. Wiedzieliśmy, gdzie ma deficyty i staraliśmy się je maksymalnie zminimalizować. Z piłkarza trzeba zawsze wycisnąć jak najwięcej pozytywów. To nam się udawało, w Radomiu chyba robili podobnie. U nas dodatkowo miał przy sobie Regułę i w większości spotkań współpracowali ze sobą fantastycznie. Rocha poza bramkami skupiał na sobie uwagę obrońców i poprzez to również innym zawodnikom grało się łatwiej. W tej rundzie musimy sobie już radzić bez niego, choć był z nami jeszcze na obozie w Turcji, zagrał w sparingach. Potem trzeba było to inaczej układać, szybko robić transfery, be Reguła był już kontuzjowany. Zostaliśmy z jednym Michalisem Kosidisem z przodu, a to było za duże ryzyko. Doszedł jednak Levente Szabo i mogliśmy pracować dalej.
Strach pomyśleć, gdzie byłoby Zagłębie z Rochą, skoro w takim miejscu jest bez Rochy…
- Statystycznie z Rochą w składzie byliśmy na drugim miejscu w ekstraklasie, mając jeden mecz rozegrany mniej od lidera. Wyglądało to bardzo dobrze, choć i teraz - nie ma co ukrywać – również jest bajecznie.
Marcel Reguła już latem może być nowym rekordem transferowym ekstraklasy?
- Na pewno rekordem Zagłębia Lubin, o tym jestem przekonany. Czy całej ekstraklasy? Na pewno może być blisko, bo to zawodnik już teraz o bardzo wysokich umiejętnościach. Jego charakter oraz intensywność powodują, że nigdy nie odpuszcza. Mając takiego zawodnika na boisku przy stałych fragmentach gry ze Szwedami we wtorek, kto wie jakby było - nawiązując jeszcze do tego, od czego zaczęliśmy. Potrafi z przodu zrobić remanent rywalowi, nacisnąć zarówno w pressingu wysokim, jak i niskim, twardy jest jak skała. Kto ma dobry wzrok, może dostrzec jego rysy na piszczelach, bo faulowany bywa niemiłosiernie. Młodzieżówka Jerzego Brzęczka ma z niego wielkie korzyści, szczególnie po odejściu Oskara Pietuszewskiego do pierwszej reprezentacji. Cieszymy się z tego bardzo, bo to nasz wychowanek, mówiąc trochę brzydko: produkt akademii Zagłębia. Niezłym zawodnikiem, którego daliśmy kadrze U-21, jest też Filip Kocaba.
Obecny okres jest jednym z najlepszych w pana życiu. W przeszłości zdarzały się trudniejsze momenty. Jest takie jedno zdarzenie, które szczególnie pana ukształtowało, nie tylko jako trenera, ale też człowieka, dla którego słowo ma wielkie znaczenie?
- Było dużo momentów w moim życiu… Jedne ciosy były mocniejsze, inne lżejsze. Były oczywiście też sukcesy: zarówno te zawodowe, jak i życiowe, ale także błędy, które się zdarzały i pewnie nadal będą. Kluczem jest chyba wyciąganie właściwych wniosków i mądre podchodzenie do tego, to cię potem kształtuje. Człowiek powinien uczyć się zarówno na błędach, ale również na swoich sukcesach. Świat się ciągle zmienia, nie można jeden do jednego kalkować pewnych zachowań. Trzeba być dobrym obserwatorem i mieć instynkt samozachowawczy. Jestem osobą wierzącą i często proszę Boga, aby dał mi mądrość życiową na wysokim poziomie. Wtedy na pewno łatwiej się żyje, bo problemy to nieodłączna część życia na każdej płaszczyźnie, czy to zawodowej, czy prywatnej. Mówi się czasami, że cierpienie uszlachetnia i biorąc pod uwagę wszystkie życiowe doświadczenia chyba mogę się z tym zgodzić. Kiedy przechodzi się przez trudne momenty, to na pewno przyjemne to nie jest. Wiemy jak dzisiejszy świat wygląda, ile wokół jest depresji, ucieczek w używki różnego rodzaju. Pokora i mądrość - te dwie rzeczy są bardzo wskazane i chyba najmocniej mnie ukształtowały.
Jako osoba wierząca cieszy się pan, że z Arką zagracie dopiero we wtorek? Będzie trochę czasu pocelebrować Wielkanoc?
- Oj nie! Zdecydowanie wolałbym grać w Wielką Sobotę i Niedzielę Wielkanocną mieć już po meczu, taką świąteczną. W poniedziałek będziemy w autokarze do Gdyni, może jedynie do niedzieli uda się troszeczkę luźniej podejść, w sobotę normalnie trenujemy. Tych kilometrów do rodzinnego domu, dzieci, żony trochę jest i spędzenie tego czasu razem będzie mocno utrudnione. Zanosi się, że całe święta spędzę z klubem.
Rozmawiał Mariusz Rajek
