Ucieczka z Doliny Grzechu
Adrian Meronk zwyciężył na najbardziej znanym polu golfowym świata – Old Course w St Andrews, a właśnie tam dekadę temu debiutował jako zawodowiec. To historia jak z bajki!
Adrian Meronk czekał na to trofeum całą dekadę! Fot. Team Meronk
To miało być tylko sentymentalne zamknięcie klamry, a stało się jednym z najbardziej dramatycznych i filmowych triumfów w historii golfa.
Dekada jakich mało
Dziesięć lat po swoim zawodowym debiucie w Alfred Dunhill Links Championship Adrian Meronk powrócił do legendarnego St Andrews bogatszy o sześć zawodowych tytułów: po zwycięstwie na Challenge Tour w Portugalii we wrześniu 2019 roku, czterech super prestiżowych tytułach DP World Tour – Irish Open w lipcu 2022 roku, Australian i Italian Open, Andalucia Masters oraz wygranej w LIV Golf w lutym ubiegłego roku. Choć ostatnie miesiące, a nawet lata nie oszczędzały najlepszego polskiego golfisty, spychając go nieco w cień i studząc mistrzowską passę, los szykował dla niego scenariusz idealny. Kiedy po potężnym uderzeniu z osiemnastego tee Old Course piłka Polaka zatrzymała się w rejonie zdradliwej, głębokiej „Doliny Grzechu”, kibicom, zwłaszcza tym znad Wisły, mogło zatrzymać się serce. Adrian co prawda prowadził w tym momencie dwoma uderzeniami, ale potrzebował ewakuować się stamtąd jak najmniejszym kosztem. To, co dla wielu bywało prawdziwą pułapką, dla niego stało się symbolicznym miejscem ucieczki – z kryzysu formy prosto na sam szczyt historycznego turnieju. Zagrał kilka metrów od celu, skąd kolejne dwa putty dały mu par na tym dołku. Teraz wszystko zależało od tego, co zrobi jego największy rywal, lider przed niedzielnym finałem Casey Jarvis, który musiał ukończyć ten dołek w… dwóch uderzeniach, żeby wymusić dogrywkę z Polakiem. Południowoafrykańczyk, idący w ostatniej grupie, zagrał w bardzo podobne miejsce, co Polak, i tak jak on skończył ten dołek w czterech uderzeniach. On jednak musiał trafić z „Doliny Grzechu” prosto do dołka. Kiedy to się nie udało, Meronk mógł już świętować swoje gigantyczne zwycięstwo, które można chyba uznać jako największe w dotychczasowej karierze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę emocjonalny ciężar tego wydarzenia.
Nadspodziewanie spokojny człowiek
Adrian grał fenomenalnie w niedzielę, podczas gdy jego najwięksi rywale wykruszali się, trochę na własne życzenie. Bez błysku prezentował się Jarvis, a zwłaszcza idący razem z nim w ostatniej grupie Anglik Matthew Jordan. Podobnie było w przypadku partnera Meronka z przedostatniego flightu, jego kolegi z LIV – Belga Thomasa Detry. Wrocławianin tymczasem szedł jak burza, wyglądając przy tym na całkiem rozluźnionego pomiędzy strzałami, a jednocześnie bardzo skupionego chwilę przed kolejnymi uderzeniami. Czasami żartował ze swoim szkockim caddym Stuartem Beckiem, nawet po nie do końca udanych uderzeniach. Swój triumfalny pochód zaczął od dwóch birdie na dwóch pierwszych dołkach. Później był miks czterech dalszych birdie i jednego bogeya. Na słynnej siedemnastce, „Road Hole”, zanotował ostatniego bogeya dnia. Gdy posłał piłkę do naszej symbolicznej „Valley of Sin” na osiemnastce, Jarvis w tym samym czasie przytulił bogeya na siedemnastce, dzięki czemu czterokrotny zwycięzca na DP World Tour zyskał aż dwa uderzenia przewagi na jeden dołek przed końcem rywalizacji. Przechodząc przez najsłynniejszy golfowy mostek świata, kamienny, „Swilcan Bridge”, starał się po prostu czerpać radość z tej symbolicznej chwili. – Po uderzeniu z tee na osiemnastym dołku byłem bardzo zadowolony ze swojej pozycji i starałem się po prostu cieszyć tym spacerem. To niesamowita droga. Kiedy przechodzisz przez most, rozglądasz się dookoła – widzisz ludzi, czujesz historię. Właściwie, przechodząc przez niego, rozmawiałem sam ze sobą. Myślałem o tym, jak po tym moście chodzili Tiger Woods i Jack Nicklaus, i niejako prosiłem o to, by udzieliła mi się ich dobra energia i pęd do zwycięstwa. To było wspaniałe uczucie. Naprawdę czerpałem radość z tego spaceru – podkreślał Polak.
Par Meronka na osiemnastce, runda -4 i rezultat -20 zapewniły mu piąte zwycięstwo DP World Tour! Par Jarvisa na ostatnim dołku, runda na PAR i wynik -18 dały mu tylko dzielone drugie miejsce z atakującym w końcówce Duńczykiem Niklasem Nørgaardem. Czwarte miejsce zajęli: wykręcający wynik dnia -8, kochany na całym świecie długowłosy Tommy Fleetwood i pojawiający się absolutnie znikąd Szkot Michael Stewart, przeżywający szczytowy punkt swojej dotychczasowej kariery. Na szóstym miejscu wylądowali europejski wojownik Ryder Cup – Szkot Bob MacIntyre i amerykański pięciokrotny triumfator wielkoszlemowy Brooks Koepka.
Wyjątkowe zwycięstwo
Gdy nad LIV Golf, gdzie występował przez ostatnie trzy sezony, zawisło widmo końca, a pozbawiona saudyjskiego finansowania organizacja ogłosiła bankructwo, europejski cykl DP World Tour z pozycji luksusowego planu awaryjnego stał się dla Polaka absolutnym priorytetem. Sytuacja była podbramkowa – trwający sezon był bowiem ostatnim jego trzyletniej karty, wywalczonej dzięki spektakularnemu hat-trickowi zwycięstw w sezonie 2023, w Australii, Włoszech i Hiszpanii. Aby uratować swoją przyszłość w lidze, Adrian postanowił rzucić się w morderczy, trwający teraz już sześć tygodni maraton turniejowy na DPWT, walcząc jak lew o powrót do czołowej setki rankingu Race to Dubai. Startując z odległych rejonów dwusetnego miejsca, przed British Masters pod koniec sierpnia, cztery turnieje z rzędu później na szkockie linksy wchodził ze wciąż niesatysfakcjonującą, 141. pozycją. Jednak to, co wydarzyło się na Old Course, przejdzie do historii jako rajd bez precedensu. Za sprawą triumfu Adrian jednym genialnym ruchem przeskoczył ponad sto miejsc w klasyfikacji generalnej, meldując się na 38. lokacie rankingu, przedłużając jednocześnie członkostwo DPWT aż do końca 2028 roku! Po wszystkim był wyraźnie wzruszony, łamiącym się głosem udzielając wywiadu zaraz po zejściu z osiemnastego greenu. –Szczerze mówiąc, to coś niesamowitego – powiedział po wygranej. – Zazwyczaj nie płaczę, ale to zwycięstwo jest naprawdę wyjątkowe i... przepraszam, po prostu brakuje mi słów. To był dla mnie dość trudny rok, a wygrana tutaj – niemal dziesięć lat po przejściu na zawodowstwo – to spełnienie marzeń. To wprost nieprawdopodobne. Jestem jednak niezwykle szczęśliwy i czuję ogromną ulgę.
I jeszcze wisienka na torcie – oprócz wygranej indywidualnej para Adrian Meronk / Tom Chaplin triumfowała w turnieju Pro-Am, z dreszcz wzbudzającym rezultatem -41.
Adrian Meronk w swoim stylu znów zapisał kolejną wspaniałą kartę historii polskiego i światowego golfa. Kibicujemy zawsze i wszędzie!
Go Meronk!
Kasia Nieciak
