Tysko-fiński spontan!
Zdawaliśmy sobie sprawę, że jedynym i niezwykle wymagającym przeciwnikiem będziemy my sami – wyjawił tuż po dekoracji doświadczony obrońca Mateusz Bryk, który ma niekonwencjonalne spojrzenie na grę swoją i kolegów.
Tyska rodzina w pełnej krasie. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
TAURON HOKEJ LIGA
Na kilka godzin przed czwartym meczem finałowym w Tychach wyczuwało się ogromne napięcie. Trudno się dziwić, wszak do siódmego złota w historii miejscowego GKS-u brakowało tak niewiele, ale najtrudniejszy jest ten ostatni krok. Pekka Tirkkonen, który w lipcu skończy 58 lat, jest zawodowcem w swoim fachu z krwi i kości. Fin hołduje niepisanej zasadzie, że przed spotkaniem wybiera się na spacer i gdy tylko pogoda nie jest zbyt kapryśna, wówczas zalicza kilka rund wokół Stadionu Zimowego.
Tym razem, pewnie ze względu na wiatr, zdecydował się spacerować w hali wokół tafli i widać było na jego twarzy niezwykłe skupienie. Doskonale zdawał sobie sprawę z wagi tej potyczki, bo do złota było blisko, ale jednocześnie tak daleko. Jednak już po dekoracji medalami z pozoru chłodny Fin dał upust swojej radości. Kibice skandowali jego imię, zaś on jedną ręką wymachiwał okazałym pucharem, zaś drugą znacząco klepał się po piersi na znak uwielbienia fanów, miasta oraz drużyny. W jednym momencie napięcie nerwowe opadło i trener pokazał swoją, fińską spontaniczność. Jednocześnie zadał kłam, że Skandynawowie nie okazują radości i nie potrafią się cieszyć. Oni zawsze to robią, gdy swoją pracę wykonają perfekcyjnie i zostanie ona odpowiednio nagrodzona. A Fin ze swoimi współpracownikami ma się czym pochwalić: dwa razy mistrzostwo Polski, dwa razy Superpuchar oraz Puchar Polski. Całkiem przyzwoite występy w Hokejowej Lidze Mistrzów, choć zakończone na pierwszej części rywalizacji.
Jedna droga
Jarosław Rzeszutko, dyrektor sportowy, po dekoracji miał powody do satysfakcji, wszak był jednym z głównych konstruktorów zespołu, który sięgnął po złoto.
- Ten sukces to praca zespołowa; tutaj wszystko było analizowane oraz planowane z niezwykłą dokładnością – uśmiechał się szef sportowy. - Starałem się pomóc trenerom w realizowaniu ich wizji kadry, ale były również niekończące się dyskusje dotyczące wzmocnień. Wcale nie ukrywam, że mieliśmy kryzys i kto wie, czy nie najgłębszy w historii klubu. Jednak potrafiliśmy przezwyciężyć trudności, choć nieobecność w finałowym turnieju Pucharu Polski mocno nas zabolała. A potem przyszedł play off i „odpaliliśmy”, bo tylko jedna porażka, i to na dodatek na poziomie ćwierćfinałów, to spory wyczyn. Mamy powody do satysfakcji, że drużyna w najważniejszym momencie pokazała całą gamę swoich możliwości. Szliśmy jedną drogą i jestem dumny z zespołu, kibiców, którzy są z nami na dobre i na złe, oraz z miasta, które nas mocno wspiera. Teraz cieszymy się z sukcesu klubowego, ale szybki reset i czas na reprezentację, w której Tyszanie też mają wiele do powiedzenia (śmiech).
Ziarenko niepokoju
Duet defensorów Mateusz Bryk – Bartłomiej Pociecha, choć występował w innych konfiguracjach personalnych (pierwszy z Ollim Petterim Viinikainenem, drugi z Lukasem Kovařem), zaliczył niezwykle udany sezon. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że najlepszy, ale obaj natychmiast zareagowali.
- Na taką refleksje przyjdzie czas gdy po sezonie na dobre ochłoniemy – stwierdził Pociecha, który zdobył siódmy tytuł z GKS-em. - Bo my lubimy to, co robimy i cieszymy się z każdej chwili na lodzie – dodał w pełni profesjonalnie Bryk, który ma pięć złotych medali, ale jeden z Jastrzębiem. A po chwili dodał: - Gdy startowaliśmy do play offu, miałem takie ziarenko niepokoju, choć wiedziałem, że praca jaką wykonaliśmy przyniesie efekty. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jedynym i niezwykle wymagającym przeciwnikiem będziemy my sami, wytrzymaliśmy ciśnienie i presję, jaka nam towarzyszyła. Pokazaliśmy solidną defensywę i w efekcie mogliśmy kontrolować niemal wszystkie mecze od początku do końca. Teraz przed nami niekończąca się robota: mistrzostwa świata – dodał z uśmiechem i przymrużeniem oka sympatyczny obrońca.
- Nie obyło się bez chwili słabości, bo gdy przegraliśmy z Jastrzębiem, usiedliśmy w zaciszu szatni i powiedzieliśmy sobie kilka mocniejszych słów: tak nie możemy grać! To jedyne słowa, które mogę wyjawić - śmieje się Pociecha. - Nie spodziewałem się, że rywalizacja się tak potoczy, ale byliśmy taktycznie świetnie przygotowani. Każdy z nas wykonywał zadania na wysokim poziomie, a niektórzy zbliżyli się do perfekcji. Cieszę się z kolejnego medalu oraz powrotu do reprezentacji. Może mi będzie dane znów przeżyć fajne chwile z orzełkiem na piersi.
Ego w kieszeni
Filipa Komorskiego, kapitana GKS-u Tychy, znam od od 15 lat, ale tak niezadowolonego jak w tym sezonie jeszcze nie widziałem. - Chyba się starzeję (pod koniec grudnia skończy 35 lat – przyp. red.), bo każda porażka mnie strasznie boli – wyznał gdy zespół nie awansował do turnieju finałowego Pucharu Polski, a po kolejnej przegranej dodał: - Pora kończyć!
- Trudno nie być szczęśliwym, jeżeli w play offie wygrywa się jedenaście meczów z rzędu – mówi „Komora”, bo tak go nazywają koledzy. - Owszem, sezon falował, ale na jego finiszu nasze ego schowaliśmy do kieszeni i wszystko podporządkowaliśmy drużynie. Nieważne, kto strzela, kto podaje, bo liczy się zespół. Takie stawianie sprawy doprowadziło nas do upragnionego celu. To był dobry pomysł, by zrealizować swoje marzenia. Wszyscy pchaliśmy ten kamień do góry i w końcu znalazł się we właściwym miejscu.
Kilku Tyszan zapewne znajdzie się w kadrze przygotowującej się do mistrzostw świata w Sosnowcu. Jednak na tę chwilę wszyscy cieszą się z upragnionego złota, siódmego w historii klubu.
Włodzimierz Sowiński
7 GOLI przepuścił Tomaš Fučik w ośmiu meczach półfinału i finału play offu; w tej części rywalizacji bronił z 94,92-procentową skutecznością.
Radość hokeistów GKS-u Tychy w pełni uzasadniona. Fot. Łukasz Sobala/Press Focus
