Tylko albo aż podium
Katarzyna Niewiadoma zajęła drugie miejsce w Amstel Gold Race, jednym ze swoich ulubionych wyścigów. – Byłam na tyle silna, żeby wygrać – nieco żałowała.
Jaki sponsor, takie nagrody. Polce (pierwsza z lewej) i hiszpańskiej triumfatorce piwo smakowało, za to Holenderce niekoniecznie. Fot. PAP / EPA
KOLARSTWO
Dla mistrzyni Polski, która od początku sezonu znajduje się w wyśmienitej formie, był to powrót do rywalizacji po trwającej blisko miesiąc przerwie. W klasyku Mediolan - San Remo rozbiła się w poważnie wyglądającej kraksie, ale skończyło się tylko na licznych skaleczeniach i siniakach. W jej ekipie CANYON-SRAM zondacrypto uznano jednak, że lepiej będzie, jak zrezygnuje z zaplanowanych najbliższych imprez i podczas wysokogórskiego obozu w Pirenejach poświęci czas na regenerację i przygotowanie do tych późniejszych startów.
Dojrzewanie to piękna rzecz
– Potrzebowałam tego czasu, żeby zwolnić, skupić się na sobie i drodze do nadchodzących wyścigów. W przeszłości unikałabym takich samotnych obozów, ale dojrzewanie to taka piękna rzecz, która sprawia, że wszystko staje się łatwiejsze. Będzie mi brakować tego zimowego raju treningowego! – podsumowała Katarzyna Niewiadoma w mediach społecznościowych. – Zbliżają się moje ulubione klasyki. Mam nadzieję, że razem z moją drużyną zapewnimy dobrą zabawę – dodała z uśmiechem 31-latka.
I faktycznie polscy fani kolarstwa w niedzielę z ekscytacją oglądali transmisję z Amstel Gold Race. To jeden z ulubionych wyścigów Niewiadomej – odkąd został reaktywowany w 2017, Polka startowała we wszystkich edycjach, wygrywając w 2019 i poza tym trzykrotnie zajmując miejsca w top 5. Wczoraj pokazała, że jest niesamowicie mocna i znowu mogła triumfować, ale zajęła tylko lub aż drugie miejsce – już trzeci raz w tym roku. Wciąż czeka więc na zwycięstwo...
Niewiadoma przystępowała do holenderskiej imprezy jako jedna z faworytek. Największą z tych, które stanęły na starcie w Maastricht, była jednak jej wielka rywalka Demi Vollering (FDJ United-SUEZ). Reprezentantka gospodarzy w tym sezonie dobrze wywiązuje się z tej roli, bo z pięciu imprez, w których brała dotąd udział, aż trzy wygrała. Wzajemnie się pilnujące Polka i Holenderka potwierdziły, że są najmocniejsze w peletonie, tyle że w kolarstwie nie zawsze takie wygrywają. Udowodniła to wczoraj 23-letnia Paula Blasi, która niespodziewanie, ale jak najbardziej zasłużenie zwyciężyła.
Nie powinno jej tu być
Młoda Hiszpanka ma bardzo dobry sezon, ale jej wyniki znacząco odbiegają od tych Polki i Holenderki. Pewnie więc dlatego obie faworytki zlekceważyły atak, który nastąpił 25 km przed końcem. Blasi, która o starcie dowiedziała się ledwie dzień wcześniej, w ostatniej chwili zastępując chorą liderkę UAE Team ADQ Dominikę Włodarczyk, szybko zyskała sporą przewagę i samotnie podążała do mety. Pogoń nie układała się i dopiero na pokonywanym po raz piąty Caubergu, ostatniej trudności na trasie, Hiszpanka sporo straciła. Właśnie wtedy przyspieszyła Niewiadoma, za którą utrzymała się tylko Vollering. I choć na krótkim, stromym podjeździe odrobiły aż pół minuty, ale i tak niedługo potem w Valkenbergu Blasi mogła bez pośpiechu celebrować największy sukces w karierze.
– Będę potrzebować kilku tygodni, a nawet miesięcy, zanim sobie to uświadomię, bo przecież nie powinno mnie tu być – zaznaczyła oszołomiona Paula Blasi, która nie mogła znaleźć sobie miejsca w grupie, więc postanowiła... zaatakować. – Pomyślałam, że wtedy na pewno nie będę musiała walczyć o pozycję – dodała.
Na finiszu Niewiadoma okazała się minimalnie szybsza do Vollering, co wcześniej chyba jej się nie zdarzyło, bo nie należy do dobrych sprinterek. Za linią mety jeszcze zamieniły ze sobą kilka słów, z jednej strony ciesząc się, że będą na podium, ale z drugiej zdając sobie sprawę, że mogły i powinny powalczyć nie o drugie, a o pierwsze miejsce. Do ich kolejnego starcia na szosie dojdzie już w środę, kiedy wystartują wWalońskiej Strzale – klasyku, który kończy się wspinaczką na słynny Mur de Huy. W ostatnich edycjach walczyły tu o zwycięstwo (Polka triumfowała w 2024 roku, Holenderka w 2023, rok temu były tu odpowiednio na czwartej i drugiej pozycji), tak pewnie będzie i tym razem.
Duże piwo dla Belga
W przeciwieństwie do rywalizacji kobiet wyścig mężczyzn nie miał aż tak dobrej obsady. W najważniejszym holenderskim klasyku w sezonie nie wystartowali ci, którzy tej wiosny wygrywali największe takie imprezy, czyli Słoweniec Tadej Pogacar, Belg Wout van Aert czy Holender Mathieu van der Poel. Pod ich nieobecność triumfował Remco Evenepoel (Red Bull-BORA-hansgrohe), który po genialnym początku roku (cztery starty, cztery zwycięstwa!), niedyspozycji w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i odbudowie w Katalonii, już dwa tygodnie temu na monumencie we Flandrii trzecim miejscem pokazał, że wrócił do znakomitej dyspozycji. Podwójny mistrz olimpijski z Paryża w 60. edycji Amstel Gold Race, która zawierała 33 oznaczone podjazdy na dystansie 257,2 km, ruszył do przodu z kilkoma innymi kolarzami około 40 km przed metą. Na ostatniej rundzie towarzyszył mu już tylko obrońca tytułu Mattias Skjelmose (Lidl-Trek). Tak dojechali do Valkenburga, gdzie w sprinterskim pojedynku Belg zdecydowanie wyprzedził Duńczyka.
– Jestem dumny, że w taki sposób zakończyłem pracę mojego zespołu. To jeden z moich ulubionych wyścigów, więc zwycięstwo w nim to niesamowite uczucie. Czułem się tu znacznie lepiej niż podczas debiutu przed rokiem. Byłem naprawdę pewny siebie, co pokazałem w sprincie – relacjonował Remco Evenepoel, który w końcówce poprzedniej edycji przegrał ze Skjelmose i Pogacarem.
Podium uzupełnił Benoit Cosnefroy (UAE Team Emirates-XRG). Francuz najszybciej finiszował z małej grupy, która przyjechała blisko dwie minuty po zwycięzcy. Jedyny Polak w niedzielnym wyścigu, Filip Maciejuk (Movistar), był widoczny, bo uczestniczył w ucieczce dnia. Do mety dotarł na 98. miejscu ze stratą ponad 10 minut do triumfatora.
(gak)
