Trzymamy młodych w szklanej kuli

Rozmowa z Dariusz Kłusem, ligowym piłkarzem Odry Wodzisław, Cracovii i ŁKS Łódź, obecnie szkoleniowcem Akademii GKS Jastrzębie

Dariusz Kłus grał w ekstraklasie w barwach Odry, ŁKS i Cracovii. Fot. www.gksjastrzebie.com

W ekstraklasie debiutował pan jako 19-latek w czerwcu 2001 roku w meczu z Amicą, zastępując na boisku w końcówce Michała Chałbińskiego. Na murawie było wtedy 21 Polaków plus Maxwell Kalu w ekipie z Wronek. Teraz te proporcje niestety się odwracają… Jak się pan na to zapatruje?

- Nieraz zabierałem w tej sprawie głos, także rozmawiając ze świętej pamięci Bogusiem Natherem u was w „Sporcie”. Dla mnie temat jest jasny: odgórnie powinien być wprowadzony nakaz gry w zespole co najmniej sześciu Polaków w podstawowym składzie. Będąc trenerem w Unii Turza, rozmawiałem z prezesem Śląskiego Związku Piłki Nożnej, Henrykiem Kulą, i przyznał mi rację, ale tłumaczył, że na takie rozwiązanie nie chcą się zgodzić kluby. Jeżeli nie wprowadzimy takiego limitu, że w składzie ma być więcej Polaków, to nie będzie poprawy. Zostawiłbym przepis o młodzieżowców, ale szedłbym w stronę tego, że nasi zawodnicy muszą stanowić na boisku większość. W takiej sytuacji nawet ten młody chłopak znajdzie dla siebie miejsce do grania, ale zakładając, że takie będą proporcje, co najmniej 6 do 5.

A przepisy unijne?

- Tak wiem, że tutaj są ograniczenia, ale przecież PZPN zawsze może wprowadzić swoje przepisy, przeforsować swoje pomysły. To prawo krajowe jak wiemy jest ważniejsze niż to zewnętrzne. Prezes Kula przyznał mi rację, powiedział, że taki pomysł jest czy był rozważany, ale jest mocne lobby ze strony klubów, które na takie rozwiązanie się nie zgadzają. Gdyby iść tą drogą, to otworzyłby się większy rynek dla polskich graczy. A także, jeżeli miałby przyjść zagraniczny piłkarz, to musiałby dawać jakość, bo ilość miejsc byłaby ograniczona. Nie byłoby tak, że każdy może przyjechać i grać, a w tej sytuacji ci młodzi też dostawaliby swoje szanse. Kiedy byliśmy mocni w piłce? Wtedy kiedy w naszych drużynach grali Polacy. Widzew i Legia grały w Lidze Mistrzów mając w swoich składach po 10 reprezentantów. Była jakość. Wisła Kraków też miała największe sukcesy, kiedy grali tam rodzimi zawodnicy. Jeżeli nie znajdziemy rozwiązania tej sytuacji, to będziemy dołować.

Czyli narzucenie rozwiązania z zewnątrz?

- Zdecydowanie. Polak jak ma coś narzucone z góry, to się do tego stosuje. Tak było wcześniej z licencjami, z  przepisem o młodzieżowcu. Jeżeli coś ma być skuteczne, to musi to być narzucone. Innej drogi nie ma i nie będzie dopływu nowych, młodych, dobrych zawodników do reprezentacji.

Sam debiutował pan w ekstraklasie jako nastolatek. Nikt panu miejsca w ligowym zespole nie dał za darmo. Jak to było w pana przypadku?

- Debiutowałem jeszcze za czasów trenera Jurka Wyrobka w Odrze. Była mocna konkurencja, chyba mocniejsza niż teraz, ale jeżeli ktoś był pracowity, nie poddawał się, dążył do celu, to otrzymywał nagrodę. Niewielu się przebijało, albo pękali, albo rezygnowali, bo coś im nie pasowało, coś ich rozpraszało. Solidnością, charakterem można do czegoś było dojść. Dzisiaj tego tym młodym chłopcom brakuje. Jak tylko pojawia się pierwsze niepowodzenie, to głowa w dół, potrzebny jest trener mentalny, psycholog… Tego kiedyś nie było. Zamykamy te dzieciaki w takiej szklanej kuli, nie wolno nic powiedzieć - taktyka zła, trener zły. Ja autobusem jeździłem na treningi do Wodzisławia przez cztery czy pięć lat. Dziś to nie do pomyślenia, żeby chłopak z liceum czy technikum jechał na trening pierwszego zespołu autobusem, a wszystko dzielił jeszcze z nauką, maturą. Czasy się zmieniły…

Rozmawiał Michał Zichlarz

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się