Trzeba dobić do dna, żeby się odbić
Rozmowa z Ryszardem Komornickim, 20-krotnym reprezentantem Polski, czterokrotnym mistrzem kraju z Górnikiem Zabrze, w którym grał z Janem Urbanem
– Co dalej? – po meczu w Zenicy zastanawiamy się my i zastanawiają się piłkarze. Fot. Paweł Andrachiewicz / Press Focus
- Polska piłka ma problem. To zresztą nie tylko jej problem, choć być może innym nacjom łatwiej go przezwyciężyć. Chodzi o to, że u nas powołania do kadry wyglądają, jakby to był… casting, wybory Miss Polonia choćby! U nas jest próbowanie, czy ktoś się nadaje do reprezentacji na poziomie… reprezentacji. To powinno odbywać się wcześniej. Nie chcę używać tego zwrotu, ale nic nie poradzę, że się w tym miejscu nadaje... „Za moich czasów” (uśmieszek) nikt nie zapraszał piłkarzy do reprezentacji, żeby sprawdzić, czy się nadają. To wiadomo było najczęściej już wcześniej. To jednak tendencja nie tylko w Polsce. W Niemczech Juergen Klopp zrobił przegląd kadr i w trzech ostatnich meczach Ligi Narodów ledwie raz wygrał, z Serbią, a w dwumeczu z Grecją osiągnął tylko punkt. Cóż, odważył się sprawdzić zaplecze i przynajmniej nikt mu już nie zarzuci, że tego nie zrobił…
Co więc robić?
- Zacznę od tego, że w Polsce, a właściwie w polskiej lidze, mamy coraz mniejszy wybór piłkarzy, którzy mogliby spełnić oczekiwania. Taka prawda. W Szwajcarii, gdzie mieszkam, jest zresztą podobnie. O tyle, że już słyszy się, że gdy obecna generacja wymrze – będą problemy. A na przykład w lidze hiszpańskiej jest inaczej; mają z kogo wybierać… Skąd to się bierze? Sensacji nie wymyślę: ze szkolenia. Dlatego nie ma na co czekać. Trzeba zrobić u nas rewolucję. Nasi selekcjonerzy w ostatnich latach miotali się, ale ograniczony zasób ludzki sprawia, że w końcu zawsze stawiali na tych samych. Nie było wyjścia…Trzeba jednak dobić do dna, żeby się od niego odbić; nie chodzi przecież tylko o utrzymywanie się na powierzchni, bo z tego i tak ciągle jesteśmy niezadowoleni… Prawda taka, że oczekiwania są nad Wisłą ciągle wygórowane, a Polska najzwyczajniej nie jest potęgą piłkarską. Dla naszego dobra musimy to nie tylko zrozumieć, ale i zaakceptować.
Selekcjoner kadry narodowej nie ma więc łatwo...
- Ale wie, na co się decyduje, w efekcie bierze za zespół i wyniki odpowiedzialność. Z tym, że u nas zwyczajnie nie daje mu się spokojnie pracować. A to przecież to on ustala - a przynajmniej powinien - zasady działania, funkcjonowania wewnątrz, ustala zasady zachowania się zawodników reprezentacji. Nie piłkarze, nie Lewandowski!
Zaleca pan zmiany.
- Mało tego; jeśli chcemy czegoś lepszego, to radykalne! Bez nich nic się nie uda… Trzeba podjąć ryzyko, bo samo już nic się nie zmieni. Ba, może być dużo gorzej…
Na czym te rewolucyjne zmiany miałyby polegać?
- Najważniejsze są te długofalowe, ale o tym za chwilę. Teraz, na szybko, trzeba jeszcze raz przeanalizować, kto z kim właściwie może grać, a gdzie nie da to pożądanego efektu. Muszę przyznać Jankowi Urbanowi rację – reprezentacja musi dobrze się rozumieć. Ale nie podczas odpraw czy wywiadów, ale na boisku, tam jest weryfikacja wszystkiego. Nie chcę wracać do starych czasów, ale zdarzało się przecież, że prywatnie piłkarze wręcz się nienawidzili, ale na boisku potrafili funkcjonować nienagannie.
A głębsze zmiany?
- Wróćmy na chwilę do Szwajcarów. W czterech meczach zdobyli komplet punktów, ograli Szkocję i Słowenię, dwa razy Macedonię Północną, stracili w tych meczach tylko jedną bramkę. Zauważam, że nie ma tam właściwie nikogo, kto miał 18 lat i wyjechał szukać szczęścia za granicę. Najpierw taki chłopak miał obowiązek pograć w miejscowej lidze, to konsekwentna polityka stosowana w szwajcarskiej piłce. Tutejszy związek płaci wielkie pieniądze na rozwój, nawet w małych wioskach. Za każdego trenującego zawodnika wpłaca określone kwoty dla klubu, które mają iść na rozwój. Zauważam przy tym, że Szwajcarzy potrafią wyszkolić i mieć lewego obrońcę, rozgrywającego, napastnika itd., a przecież Szwajcarów jest znacznie mniej niż Polaków (+9 mln: +37 mln - przyp. aut.)… I tu przechodzimy do sedna naszego problemu: chodzi o szkolenie. Wiem, że wiele razy o nim była już mowa, ale przecież tylko przez sposób szkolenia można coś trwale - powtarzam, trwale! - zmienić. U nas jest ono zwyczajnie złe. Nie chodzi o to, żeby jego założenia dobrze wyglądały podczas efektownej prezentacji w powerpointcie. Chodzi o codzienną, odpowiedzialną pracę. Pełną cierpliwości, bo efekty nigdy nie przychodzą od razu, nikt nie jest cudotwórcą. A my się niestety gubimy, w dodatku poddajemy złym nawykom. Przyjęło się, że wychowanie dzieci musi być bezstresowe. Żeby niepotrzebnie nie płakały, nie denerwowały się… Dla futbolu to zabójstwo. Jego istotą jest rywalizacja i nie da się jej wytrzymać bez słabszych dni, bez frustracji. Dziecko, na które chuchamy na każdym kroku, przyjeżdża na trening, na mecz i przeżywa szok. Jestem wkurzony, gdy przegram, nawet płaczę - to przecież normalne reakcje na niepowodzenia. A u nas chłopak nawet nie musi czyścić butów, ma tylko grać w piłkę, najlepiej ładnie… Zaprzeczamy sobie! Nie przygotowujemy na przyjście presji. Dzieci muszą być zostawione samym sobie! Opieka nad nim to uważna obserwacja, a nie wtrącanie się w każdej dosłownie sytuacji. A u nas, kiedy jest źle, mówmy, że jest źle! „Nic się nie stało” to paskudne zdanie. Potrafi mieć zły wpływ na psychikę. Presja nie jest niczym złym, choć oczywiście nie można przesadzać.
A polska specyfika?
- Utalentowanych piłkarzy u nas nie brakuje, nie przesadzajmy. Wielu jednak wyjechało, bo u nas przede wszystkim chce się na nich zarabiać, w dodatku najszybciej jak to możliwe. My się miotamy między modelami piłki hiszpańskiej, niemieckiej, portugalskiej itd. Spróbujmy znaleźć własny sposób rozwoju zawodników, nie da się wszystkiego dokładnie przeszczepić… Posiłkujemy się statystykami, one dla nas są najważniejsze, właściwie decydują o wszystkim. To błąd, ważne jest, jakim ten piłkarz jest człowiekiem. Zawodnik musi być prześwietlony pod każdym względem. Tracimy talenty u nas w dwójnasób, bo szkolenie poniżej III ligi to nie jest już żadne szkolenie. Talenty, które tam zaczną, najczęściej nigdy nie będą miały sposobności udowodnić własnych możliwości. W efekcie przepadają… Jest coś jeszcze, co mi się nie podoba...
Co takiego?
- My postrzegamy szkolenie jako... filozofię gry. Ludzie! Chodzi przecież tylko o to, żeby wygrać, nie trzeba z tego robić filozofii. Uczmy techniki, przyjęcia kierunkowego, strzału. Tymczasem nasze szkolenie przekształca chłopaka kreatywnego w walczaka. A przecież kreatywność jest trudniej wydobyć z człowieka, walczaków mamy pod dostatkiem. Jak chcesz zobaczyć, czy chłopak jest utalentowany, jeśli nie dajesz mu swobody w grze? Mamy złe priorytety. Nasze szkolenie ma nauczyć przede wszystkim przeszkadzania innym. Koncentrujemy się na przykład na sposobach pressingu. A przecież dzieciom największą przyjemność sprawia gra. Obserwujmy je uważnie, wychwytujmy ich mocne strony i rozwijajmy je. Kształtujmy ich nawyki na wysokim poziomie. Taka jest rola trenera: wykorzystywanie naturalnych predyspozycji, a nie tłamszenie ich. Nie wtłaczajmy dzieci w taktyczne gorsety. Obrony można nauczyć się na końcu i do tego dość szybko. Z atakiem jest znacznie trudniej. Ważne, żeby przy tym umieć dzieciom pokazać, o co chodzi. Nie tylko tłumaczyć, bo tłumaczenie czasem nie wystarcza. Tymczasem u nas odbywa się tysiące treningów młodzieży, gdy o grze nie ma mowy, a ćwiczy się jedynie założenia taktyczne. Jeszcze coś: trener, zwłaszcza młodzieży, musi być sprawiedliwy. Na każdym poziomie to ważne, ale na tym poziomie to wręcz kluczowe, bo dzieci natychmiast wychwytują niesprawiedliwość. A ona często się zdarza, gdy trenerzy są źli. A są źli, gdy ich podopieczni grają jak oni sami chcą, a nie tak jak chce trener. W ten sposób też można stracić utalentowanego chłopaka. Co znaczy sformułowanie „zasłużyć na grę?”. To kamień u szyi. Wściekam się, gdy to słyszę. Albo sporty uzupełniające. To świetny sposób na formę. U nas dzieci ruszają się za mało. Często tylko gdy trenują. Niech taki chłopak gra we wszystko, co chce i niech nikt go nie ogranicza. To jedynie rozwija.
Młodzieżówka awansowała na mistrzostwa Europy. To może być jaskółka?
- Młodzieżówka? Gratuluję. Mam niestety wrażenie jakbyśmy chcieli sobie przeszkadzać. Jeżeli Urban powołuje kogoś z reprezentacji młodzieżowej, to guzik mnie obchodzi, że będzie tam problem z zastępcą na tę pozycję. Tracimy z oczu priorytet. Ale jeśli jest już brany, to niech zagra, przynajmniej chwilę. Powrót bez możliwości sprawdzenia się na wyższym poziomie nie daje mu na przyszłość żadnej motywacji. Trzeba z nim wszystko omówić, musi wiedzieć, co się o nim sądzi. Nie można zrażać sobie zawodników…
Co więc dalej?
- Johan Cruyff to był mądry facet. Powiedział kiedyś: „Nie jest sztuką zauważyć, że ktoś coś źle zrobił. Sztuką jest dowiedzieć się dlaczego, a jeszcze większą – sprawić, żeby w przyszłości tego nie robił!” Dedykuję te słowa naszym rozlicznym ekspertom, którzy zatrzymują się już na kroku pierwszym. To jest dla nich najważniejsze: ktoś się przewrócił… Nikogo nie chcę atakować czy krytykować. Żałuję, że u nas nie potrafi się rozdzielić krytyki piłkarza czy trenera od krytyki człowieka. Chcę pomagać, a nie pouczać i tak proszę traktować moje słowa. Na koniec: trzeba u nas naprawdę zmienić postrzeganie piłki, nie ma innego wyjścia. Bo prawda taka, że nikt za nas tego nie zrobi. Zostajemy z tym sami.
Rozmawiał Paweł Czado
