Trzeba bić na alarm?
Po najlepszym w tym sezonie występie polskich skoczków... pogorszyła się ich sytuacja w olimpijskim rankingu.
Kamil Stoch słabymi występami w Wiśle nie pomógł sobie jak i kadrze. Fot. PAP/Grzegorz Momot
SKOKI NARCIARSKIE
Po sobotniej smucie w niedzielę w Wiśle Malince powiało optymizmem. Po raz pierwszy w tym sezonie nasi reprezentanci byli bardzo blisko wskoczenia na podium. Nie udało się, ale i tak cieszyliśmy się z najwyższych w tym sezonie lokat w konkursie Pucharu Świata – piątej Kacpra Tomasiaka i siódmej Piotra Żyły. Zaraz jednak rozległy się alarmowe sygnały, że najlepszy występ nie przełożył się na poprawę w olimpijskim rankingu, a wręcz przeciwnie.
Żeby wyjaśnić dlaczego tak się stało, trzeba przypomnieć zasady kwalifikacji skoczków na igrzyska olimpijskie w Mediolanie i Cortinie. Po pierwsze, zmieniono kwoty startujących zawodniczek i zawodników - zamiast jak dotychczas 65 skoczków i 40 skoczkiń we Włoszech wystąpi po 50. Po drugie, w konkursach może wystąpić najwyżej 4 reprezentantów z jednego kraju. I wreszcie po trzecie – zmieniono zasady kwalifikacji, które można zdobyć dzięki rankingowi olimpijskiemu. Powstaje on na podstawie wyników od 1 lipca 2024 do 18 stycznia 2026 i uwzględniane są w nim wyniki w Letniej Grand Prix i zimowym Pucharze Świata. Zgodnie z nim czterech olimpijczyków będą miały te kraje, które w gronie najlepszych 25 mają po czterech reprezentantów.
I tu zaczyna się „polski problem”, bo jak pamiętamy, właśnie od dwóch sezonów nasi skoczkowie punktują w tych zawodach gorzej niż w poprzednich latach. Mimo tego przed sezonem zimowym nasz kraj mógł liczyć na wystawienie na włoskich igrzyskach czterech skoczków, bo w Top 25 byli (kolejno): Paweł Wąsek, Dawid Kubacki, Aleksander Zniszczoł i Kamil Stoch. Rzut okiem na te nazwiska wystarczy, żeby wiedzieć, że teraz z tego grona w miarę solidnie punktuje - pomijając konkursy w Wiśle - Stoch. Pozostali po prostu mocno dołują, a najgorzej Zniszczoł, który w PŚ nie zdobył nawet punktu i wypadł poza Top 25. To spowodowało, że według aktualnego rankingu Polska może liczyć już tylko na trzy olimpijskie kwalifikacje. Ale wyniki na skoczni im. Adama Małysza są sygnałem alarmowym, bo okazuje się, że wkrótce możemy mieć tylko dwie.
Najwięcej punktów zdobyli bowiem ci, którzy są w rankingu daleko od czołowej „25” - Kacper Tomasiak i Piotr Żyła. Pozostali dorzucili ich niewiele, a mocno naciskają rywale, którzy są za plecami Wąska, Kubackiego i Stocha. Najlepiej zilustrują to ich pozycje i dorobek punktowy. Paweł Wąsek jest 14. i ma 984 pkt, Dawid Kubacki 22. - 631, Kamil Stoch 24. - 568. Tuż za naszym trzykrotnym mistrzem olimpijskim jest Francuz Valentin Foubert, mający 554 pkt. Gonią go także Estończyk Artti Aigro – 517 i Austriak Stephan Embacher – 495. Dopiero 28. jest Aleksander Zniszczoł - 491, który w Klingenthalu nie zapunktuje, bo tam nie jedzie. Pozostali Polacy? Piotr Żyła jest 35. - 348, Maciej Kot 39. - 280, Jakub Wolny 40. - 276, a najlepszy w tym sezonie Kacper Tomasiak 49. - 156.
Czy bić już na alarm, jeżeli można jeszcze zdobywać rankingowe punkty w 11 konkursach (100 za zwycięstwo) do 18 stycznia, kiedy odbędzie się rywalizacja w Sapporo? Może jeszcze nie, ale jak na razie to rywale je księgują, a nie Polacy.
(awa)
