Trojak wiosenny

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Czteropak polski na zakończenie fazy grupowej Ligi Konferencji był wysokoprocentowy i pożywny, dziesięć punktów w czterech meczach, awans na jedenaste miejsce w Europie - tegośmy jeszcze nie mieli, cztery mecze naszych jednocześnie do obejrzenia w trybie multiligowym, którego na ogół się wystrzegam. Miewamy o to kłótnie z Antkiem, bo on jako dziecię XXI wieku, z chorobą społeczną w postaci ADHD, ma już łatwość percepcji mozaikowej, podzielność uwagi w wersji turbo, on po prostu nie umie się skupić na jednej czynności, woli działać symultanicznie. Jak ogląda jeden mecz, musi mieć przy sobie telefon, ipada do grania, a do tego co chwila zadaje mi pytania natury fundamentalnej, niekoniecznie związane z piłką nożną, na przykład jaka właśnie jest pogoda na Dominikanie i czy będą z mamą przelatywali nad trójkątem bermudzkim. Kiedy się okazało, że musimy oglądać cztery mecze naraz, a właściwie pięć, bo oprócz naszych pucharowiczów Napoli w tym czasie grało z Milanem w półfinale Supercoppa Italia – wreszcie był należycie skupiony i spokojny: ja miałem mózgopląs, a jemu w to graj. W multiligowej transmisji doskonale się odnalazł, bo kamera zawsze jest tam, gdzie akurat coś się dzieje, żadnych przestojów, żadnych dłużyzn, sama dynamika i esencja futbolu. Tempo jak w teledysku albo blockbusterze o superbohaterach – on tak woli, nie rozumie powolnego rozsmakowywania się, łapczywie połyka efekty specjalne, nie potrzebuje retardacji. Wychowany w socjalmediach, które nieustannie scrolluje, podobnie kibicuje – woli spóźnić się na mecz, aby nie musieć go oglądać w czasie rzeczywistym, tylko przewijać na podglądzie wszystkie przerwy w grze, a i momenty leniwej kopaniny w środku pola. Nie ma więc mowy o oglądaniu rytualnym, wyczekiwaniu na godzinę meczową, przeżywaniu wydarzeń live – na stadionach Antek zachwyca się atmosferą, ale sam mecz go nudzi – przyspieszyć wydarzeń nie można, nie ma powtórek ani zbliżeń, w dodatku całość musi oglądać „z jednego ustawienia kamery”. Owóż, w czwartek wieczorem bardzo mu się podobało, nie tylko dlatego, że Legia w końcu trafiła na tak słabego przeciwnika, że się jej udało wygrać. Ważniejsze, że pozostali pucharowicze nie dali plamy, wyjazdowe wygrane z Czechami czy Cypryjczykami dzisiaj wydają nam, się formalnością, ale jeszcze wczoraj uznawalibyśmy je za wielkie sukcesy podupadłej piłki klubowej.

Tak dobrze nie było nigdy - trzech ekip w pucharach na wiosnę jeszcze nie mieliśmy. I być może mieć nie będziemy, bo tradycyjna nomenklatura dotycząca sezonu piłkarskiego jest już bezużyteczna - o ile w ligach, zwłaszcza tych zimnokrajowych, sezon dzieli się na rundę jesienną i wiosenną, w europejskich pucharach jak najbardziej mamy fazę zimową. Lech i Jagiellonia będą swoje dwumecze grały już w lutym, Raków zacznie w marcu – i wcale nie jest nieprawdopodobne, że żadna z naszych ekip do ćwierćfinału nie awansuje, przeto wszystkie mogą skończyć granie w Europie jeszcze przed Dniem Wagarowicza. No bo tak: Lech 1/16 przejdzie, tu nawet powtórka z katastrofy gibraltarskiej nie zaszkodzi, bo jednak gramy mecz i rewanż, a w dwumeczu przejście ekipy z Macedonii bądź Finlandii jest obowiązkiem. I to by było na tyle, bo w 1/8 najpewniej zaczeka Rayo, z którym Lech już sobie nagrabił. Żenująca, buraczana szydera z szatni Vallecas zapadła w pamięć wszystkim Hiszpanom, na litość nie ma co liczyć, a Rayo pokazało już dwukrotnie, że wystarczy im zagrać poł godziny pierwszym składem, żeby czołowe polskie kluby nakryć czapką. Jaga przy szczęśliwym losowaniu zmierzy się z Rijeką, czyli rywalem podobnej klasy, lub z Fiorentiną, która gorzej niż jesienią w Serie A już zagrać nie może – na dwoje babka wróżyła, jeśli jednak uda się przejść do 1/8, tylko w przypadku wylosowania Rakowa można być pewnym awansu polskiej ekipy. Tak czy owak, już jesteśmy na 11. miejscu rankingu UEFA, jeśli nie spadniemy poniżej 13., oznacza to, że już za półtorej roku będziemy mieli w najgorszym razie gwarantowane jedno miejsce w fazie grupowej Ligi Europy i dwa gwarantowane miejsca w fazie grupowej Ligi Konferencji. A już najbliższego lata premiowane grą w Europie będzie po raz pierwszy w historii także czwarte miejsce w ekstraklasie. Tymczasem liga jest spłaszczona jak nigdy – nawet de facto ostatnia Legia (bezpośredni mecz z Termalicą przegrała, ale nie wiedzieć czemu na tym etapie w tabeli liczy się stosunek bramek) wciąż roi sobie o tym, że wiosną Papszun ją powiedzie do mistrzostwa, wystarczy wszystko wygrywać, przywdziać zbroje rycerzy wiosny etc. Drużyny z dołów tabeli już szaleją na rynku transferowym: Widzew, ledwie wystający nad kreskę strefy spadkowej kupuje kapitana FC Kopenhaga, który zagrał już tej jesieni pięć pełnych spotkań w Lidze Mistrzów, a właściciel lekką ręką jeszcze wydaje pięć baniek euro na skrzydłowego z MLS. Wszyscy chcą do Europy, a i Europa zaczyna też chcieć do nas, bo kasa coraz grubsza leży na polskich murawach.

Po rundzie jesiennej w tabeli prowadzi beniaminek z Płocka, co jest jednak sytuacją tymczasową i kuriozalną, zwłaszcza, że doczołgał się na szczyt pięcioma remisami z rzędu. Jeśli jednak jakimś cudem tabela jesieni pozostałaby niezmieniona także po rundzie wiosennej, oznaczać to będzie, że o Ligę Mistrzów powalczy płocka Wisła i Górnik Zabrze, a Legia spadnie – jeśli ktoś przewidywał taki bajzel przed sezonem, gratuluję wyobraźni.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się