To są tematy nieprawdopodobne!
Rozmowa z Januszem Zaorskim, reżyserem spektaklu „Ezi” dla Teatru Telewizji
Janusz Zaorski z teatralnym Kazimierzem Górskim i jego podopiecznymi. Fot. Przemysław Jendroska
Spotkanie Ernesta Wilimowskiego i Kazimierza Górskiego to spotkanie dwóch ikon, dwóch legend polskiej piłki. W rzeczywistości było ono bardzo krótkie, co wiemy z relacji samego pana Kazimierza, pozostawionej w jego biografiach. Spektakl „Ezi”, którego jest pan reżyserem, to tylko pewne wyobrażenie autora scenariusza, Roberta Talarczyka, na temat rozmowy obu panów. Rozmowy, która wybiega daleko poza piłkę nożną, czyż nie?
– Każdy autor i każdy pracujący przy jakimś dziele marzy o tym, żeby to, co opowiada widzom, nie było jakąś bardzo prowincjonalną czy dzielnicową historyjką, zajmującą tylko dla tych, którzy brali w niej udział. „Ezi” zatem to historia o tym, że w wyniku II wojny światowej ponad 30 milionów ludzi musiało zmienić kraj i miejsce zamieszkania. I to się nie zaczęło w 1945 roku; to się zaczęło jeszcze w 1939, kiedy po kolei Niemcy hitlerowskie połykały kolejne kraje – było to okupione wieloma potwornymi historiami – i tam wprowadzały swoje rządy. Między innymi właśnie zmuszając Ernesta Wilimowskiego do tego, żeby reprezentował w piłce nożnej Rzeszę Niemiecką. Jego matka była w Auschwitz, a dzięki temu, że zagrał dla Rzeszy, zwolniono ją z obozu koncentracyjnego. To są tematy po prostu nieprawdopodobne, odwieczne, jak w antycznym dramacie – Antygona przychodzi od razu na myśl. A więc rzeczywiście – jest to sztuka o piłce nożnej, ale nie tylko o niej. I mam nadzieję, a właściwie pewność, że tu, w ośrodku „Relaks”, robimy coś naprawdę ważnego.
Nie mając – swoją drogą – czasu na relaks...
– Tak jest. Pracujemy od rana do późnej nocy. Tworzymy coś, co – wierzę – obchodzić będzie nie tylko tych, którzy interesują się piłką nożną, ale również wszystkich przesiedleńców. Zabużan, czyli i lwowiaków, i wilniuków; ale też Niemców Sudeckich, Romów, Słowaków mieszkających na Węgrzech albo Węgrów w Czechach. To były straszne konsekwencje tamtych lat, w wyniku władzy tyranów zmieniła się kompletnie mapa geograficzna Europy. I jak w tym się znaleźć?
Krótko mówiąc: to opowieść o losach ludzi i całych narodów przez pryzmat piłki?
– Piłka zawsze była tym najbardziej popularnym sportem. W związku z tym opowieść o piłkarzach czy trenerach jest opowieścią o ludziach, którzy byli zakotwiczeni w swojej ziemi. Kazimierz Górski mieszkał we Lwowie, kiedy weszli tam Niemcy, więc grał i pod jurysdykcją niemiecką. Potem weszli Ruscy, więc grał jako „obywatel” Związku Radzieckiego, ale czuł się Polakiem. A „Ezi” był Ślązakiem. Cały czas to podkreślał: „Jestem Górnoślązakiem”. Natomiast kataklizmy dwudziestowieczne spowodowały, że raz grał dla Polski, raz dla Rzeszy, ale przede wszystkim chciał grać dla Śląska.
Mam wrażenie, że ten spektakl może być przywróceniem postaci Ernesta Wilimowskiego do świadomości Polaków i na karty historii polskiej piłki, bo z nich przez prawie 50 lat był wykreślony. Wspominano jego cztery bramki na mundialu w 1938 roku, ale raczej tylko w kontekście faktu, a nie człowieka – z wszystkimi jego emocjami, przeżyciami. Tymczasem przed wybuchem wojny Wilimowski był znany każdemu polskiemu kibicowi: i Kazimierzowi Trampiszowi ze Stanisławowa, i Kazimierzowi Górskiemu ze Lwowa, którzy mieli okazję widzieć jego grę na żywo.
– To prawda. Kiedyś spytałem pana Kazimierza Górskiego o to, kto – jego zdaniem – był najlepszym piłkarzem polskim w historii. Spodziewałem się, że powie „Deyna”, bo przecież Kazimierz Deyna był kapitanem jego reprezentacji, miał na koncie złoty medal olimpijski i trzecie miejsce na świecie w mistrzostwach w 1974 roku. A pan Kazimierz powiedział krótko: „Ernest Wilimowski”. Wiedziałem, że był taki piłkarz, ale jego „wygumkowanie” przez PRL powodowało, że stał się białą plamą w naszej historii. Pan wie, że z tego meczu z Brazylią, przegranego przez nas 5:6, z czterema golami „Eziego”, za czasów komuny telewizja pokazywała tylko jedną polską bramkę? Tę pierwszą, Fryderyka Scherfkego, z karnego. To była wielce krzywdząca niesprawiedliwość. Ale – i to dopiero jest dla mnie dziwne i ciekawe – również po 1989 roku nazwisko Wilimowskiego nie było przywoływane zbyt chętnie. Pojawiały się za to jakieś okropne artykuły, które sugerowały, że „Ezi” wybrał niemieckiego adlera zamiast polskiego orła. To nieprawda. On po prostu był Górnoślązakiem całe życie i o tym też jest ten spektakl. Mam nadzieję, że chociaż częściowo oddamy nim honor tej fantastycznej postaci, znakomitemu, światowej klasy piłkarzowi.
Rozmawialiśmy o historii i jej zakrętach, rozmawialiśmy o piłce, zapytam jeszcze o teatr, bo przecież na planie Teatru Telewizji jesteśmy. Spotykają się na nim dwaj wybitni aktorzy, wcielający się w dwie najważniejsze role w tym spektaklu. Skąd pomysł i wybór pana Zbigniewa Zamachowskiego i pana Andrzeja Chyry?
– Na zawsze zapamiętałem lekcję, jakiej udzielił mi Andrzej Wajda. „Reżyser potrzebuje dwóch momentów iluminacji: kiedy wybiera tekst i kiedy wybiera aktorów. To 90 procent sukcesu” – mówił mi wtedy. I teraz mam nadzieję, że wybrałem właściwie. Słyszałem, jak Zbigniew Zamachowski śpiewał „Ni ma jak Lwów”. To było tak, jakbym słyszał pana Kazimierza! Leciutko zaciągając, Zbyszek nie robi z tego ani kabaretu, ani groteski. Przypomina za to właśnie postać Kazimierza Górskiego, który też tak leciutko, z kresowym zaśpiewem, mówił. A poza tym to jest absolutnie artysta najwyższej półki. A z Andrzejem Chyrą od wielu lat chciałem się spotkać w jakiejś realizacji, ale ciągle terminy nam się nie zgrywały. Nie jest aż tak znany i popularny jak Zamachowski, który jednocześnie jeszcze śpiewa i daje koncerty, mając bogaty repertuar. Ale przypomnę, że Andrzej Chyra dostał nagrodę dla najlepszego aktora za film „Dług” Krzysztofa Krauzego, i za film „Komornik” w reżyserii Feliksa Falka. To jest po prostu fantastyczny aktor. Zderzenie Zbyszka Zamachowskiego z nim będzie świetne dla spektaklu. Pana Kazimierza, którego gra Zamachowski, znała cała Polska; nawet powstał film „Kaziu, cała Polska ci dziękuję”. A Andrzej Chyra, ale i grany przez niego Ernest Wilimowski, od dawna zasługuje na to, żeby pokazać się z rozmaitych stron właśnie w telewizji. Mamy nadzieję, że pół miliona, może – daj Bóg – milion widzów zobaczy ten spektakl i zapamięta sobie Andrzeja. Bo – jak powiedziałem – to jest aktor o wielkich osiągnięciach i wielkich możliwościach.
Akcja spektaklu dzieje się przed słynnym „meczem na wodzie” we Frankfurcie. Dziennikarz sportowy musi więc zapytać o pańskie emocje związane z tym spotkaniem. Pamięta pan okoliczności, w których pan ten mecz oglądał i jak pan go przeżywał?
– Dokładnie pamiętam! Realizowałem wtedy film „Awans” w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Byliśmy w takiej euforii po występach naszej jedenastki na niemieckim turnieju, że wysłaliśmy do Murrhardt telegram o treści: „Dalszych awansów życzy ekipa filmu Awans”. To był przełom czerwca i lipca, czyli czas, w którym obchodzone są dni Kazimierza. Namówiłem więc malarzy i pewnego pięknego poranka dopisaliśmy słowo „Górskiego” do afiszu, który reklamował święto miasta. I taki napis witał wszystkich wjeżdżających do Kazimierza – czy z Puław, czy z Warszawy, czy z Lublina. Ale mnie było jeszcze mało. W związku z tym napisaliśmy podanie o to, by w związku z wielkimi sukcesami naszej jedenastki piłkarskiej nazwę Kazimierz Dolny zmienić na Kazimierz Górski. I wie pan co? Do tej pory czekam na odpowiedź!
Miejmy zatem nadzieję, że być może ten spektakl przyczyni się, jeśli nie do spełnienia tego wniosku, to przynajmniej do wysłania do pana oficjalnej odpowiedzi!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Reżyser „Eziego” z autorem wywiadu. Fot. Przemysław Jendroska
