To już rządy Orłów Wenty
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Po grudniowych mistrzostwach świata piłkarek ręcznych, na których reprezentacja Polski została sklasyfikowana na 11. miejscu, martwiliśmy się, że zaczynamy... cieszyć się przeciętnością. Wysokie porażki z Francją i Holandią, zwycięstwo nad Austrią... Ten bilans nie mógł nikogo wprawić w euforię, ale też – choć nie wiadomo, czy to słuszne wrażenie – nikogo specjalnie nie zasmucił. Jakby przyjęto go z dobrodziejstwem inwentarza, spychając coraz bardziej w niepamięć 4. miejsce Polek wywalczone dekadę temu za kadencji Duńczyka Kima Rasmussena.
Ale jeszcze większe zmartwienie mamy z piłkarzami ręcznymi. Na nie tak dawnych mistrzostwach świata zdobyliśmy... Puchar Prezydenta, czyli „zaszczytne” trofeum za 25. miejsce, a na dobiegających końca mistrzostwach Europy nie wygraliśmy żadnego meczu, musząc uznać wyższość nawet Włochów, którzy startowali w imprezie tej rangi po raz pierwszy od 1998 roku (wystąpili wtedy tylko dlatego, że byli jej gospodarzami), a i wygrali też po raz pierwszy od tamtej pory. Akurat z Biało-czerwonymi, którzy uplasowali się na miejscu 21.
Tyle faktów, smutnych nie da się ukryć. Być może warto byłoby – na wszelki wypadek – przypomnieć, że obie reprezentacje – zarówno żeńską, jak i męską – prowadzą trenerzy zagraniczni. Tę pierwszą Norweg Arne Senstad (od sześciu lat), tę drugą Hiszpan Jota Gonzales (od kwietnia ubiegłego roku, ale w polskiej piłce klubowej funkcjonuje dłużej). Przypominam o tym tylko dlatego, że na pozór kierownictwo Związku Piłki Ręcznej w Polsce trzyma się oczekiwanych przez większość kibiców standardów, a konkretnie przekonania, że żaden Polak (Polka) nie nadaje się do pełnienia tej funkcji; i że tylko trener zagraniczny jest w stanie doprowadzić nasze kadry do sukcesów. Albo przynajmniej do poziomu, którego nie musielibyśmy się wstydzić.
Jak widać, g... prawda, bo licząc od pewnego momentu – czy to Polak, czy „stranieri” -pracuje bez powodzenia. Mało tego – obserwujemy nieustanne obsuwanie się w światowej i europejskiej hierarchii. A jeszcze tak niedawno było pięknie, choć głównie w odniesieniu do panów... Srebro mistrzostw świata w 2007 roku, brąz w 2009, kolejny brąz w 2015, wreszcie 4. miejsce na igrzyskach olimpijskich w 2016 roku. A potem... tylko gorzej – z mocno dzisiaj aktualną obawą o to, czy zakwalifikujemy się do mistrzostw świata w 2027 roku. Musimy starania o udział w nich zaczynać już w marcu od wczesnych kwalifikacji (kłania się porażka z Włochami).
Mądre głowy radzą nad tym, co robić, by odbić się od dna, by nawiązać do dawnych sukcesów. By nie było – radzą nie od wczoraj ani nawet od przedwczoraj, ale wygląda na to, że niewiele uradziły.
Największy paradoks polega na tym, że te mądre głowy to Orły Bogdana Wenty, wywodzące się z drużyny (drużyn) sukcesów; że to one osiągnęły poziom wymarzony przez kibiców; że to one dostarczyły emocji i wzruszeń, jakich kilku pokoleniom nie było dane przeżyć; że w związku z tym one – za sprawą swoich doświadczeń i wiedzy – miały uchodzić za gwarancję powrotu jeśli nie na same szczyty światowej hierarchii, to przynajmniej w ich pobliże. Tak by nie było niedosytu, nie mówiąc już o wstydzie, obciachu, zażenowaniu.
Tak się nie dzieje, można byłoby więc brutalnie rzec, że bodaj najlepsze pokolenie w polskiej piłce ręcznej w roli trenerów i działaczy daje ciała.
Oczywiście, to nie ich wyłączna wina; byłoby to tłumaczenie infantylnie proste. No więc nie ich wina, że młodsze pokolenie wchodzące do profesjonalnej piłki ręcznej, jest (było) dużo gorsze, mniej utalentowane albo gorzej szkolone. Nie ich wina, że piłka ręczna pod względem popularności i naboru przegrywa z piłką nożną, siatkówką i... komputerami tudzież smartfonami. I nie ich (wyłączna) wina, że osiągnięte przez nich sukcesy nie przełożyły się na popularność dyscypliny; że nie zostały marketingowo opakowane i skonsumowane.
Ale teraz już owe mądre głowy – te Orły Wenty – rządzą, nic to, że w różnych rolach i miejscach. I to od nich – już niemal w 100 procentach – będzie zależeć, co stanie się z polską piłką ręczną za trzy-pięć-siedem lat, nie mówiąc o jeszcze odleglejszej perspektywie, a mowa tu o dzieciach, które mają dzisiaj trzy-pięć-siedem lat.
Innymi słowy od Orłów Wenty będzie zależeć, czy nadal ta dyscyplina będzie w zapaści, czy może jednak się z niej wydobędzie. I jakby co, nie będzie już na kogo winy zwalić.
