To jest dla mnie bardzo kiepskie
Rozmowa ze Zbigniewem Waśkiewiczem, byłym wiceprezesem PKOl, byłym rektorem katowickiej AWF i byłym prezesem Polskiego Związku Biathlonu
Michał Jasiczek do tej pory był nieco anonimowym sportowcem. Teraz jego nazwisko pozna m.in. MKOl. Pytanie, czy on sam jest zadowolony z tego, w jakim kontekście się to stanie... Fot. Kalle Parkkinen / Newspix24 / SIPA / PressFocus
Szambo wybiło – tak można określić to, co podziało się wokół nominacji olimpijskich dla polskich alpejczyków?
- Może nie zabrzmi to sympatycznie, ale awantura dotyczy zawodników, którzy – nie łudźmy się – nie osiągną wybitnych wyników na igrzyskach. To jest, niestety, realna ocena poziomu tych sportowców. Tym bardziej więc zupełnie niepotrzebnie zrobiła się z tego afera na skalę ogólnokrajową.
Można to było załatwić na drodze wzajemnych uzgodnień, w ciszy, prawda?
- Uczestniczyłem w zarządach PKOl przez wiele lat. To zgromadzenie kilkudziesięciu osób, a zatwierdzenie składu na igrzyska to jest moment naprawdę znaczący. Nie wiem, dlaczego zabrakło tam prezesa Adama Małysza...
… ponoć ze względów zdrowotnych. Ale wydelegował sekretarza generalnego PZN, który nie został wpuszczony na obrady. Za pańskiej kadencji we władzach PKOl zamykano przed kimś drzwi?
- Nie pamiętam takiej sytuacji. Wydaje mi się, że nie ma żadnego na taką okoliczność jakiegoś nadzwyczajnego regulaminu, który by zabraniał wpuszczania takich gości. Ten człowiek był zresztą oficjalnie wydelegowany przez związek. Mało tego; PKOl wykazał się niekonsekwencją, bo choć na początku nie wpuszczono także Konrada Niedźwiedzkiego, kapnięto się ostatecznie, że reprezentuje związek łyżwiarski i dopuszczono go do głosu, by mógł zaprezentować skład. A Tomka Grzywacza nie wpuścili. Czyli jednego gościa można, a drugiego nie? To jest absurd. Tak naprawdę sami odebrali sobie możliwość zapytania przedstawiciela PZN o to, co się wydarzyło. I to jest dla mnie bardzo kiepskie. Oczywiście PZN popełnił jakieś tam błędy formalne, które nie powinny się zdarzyć. Naruszyli własny regulamin, ale spojrzeli w lustro i powiedzieli głośno: nigdy więcej nam nie wolno takiego błędu popełnić.
Natomiast błąd – jak się wydaje – popełnił i PKOl, zatwierdzając do składu sportowca, który przez dwa lata nie był poddawany kontroli dopingowej!
- Myślę, że PKOl pewnie tego nawet nie wiedział. Za to skorzystał z okazji: „Fajnie, przy***limy teraz Małyszowi w zemście za jego postawę przy okazji poprzednich igrzysk. To jest – moim zdaniem - rozgrywka czysto personalna między tymi dwoma panami: prezesem Piesiewiczem i prezesem Małyszem.
Sęk w tym, że ta rozgrywka może się odbić czkawką nie tylko samym sportowcom w nią zaocznie wciągniętym, ale też całemu sportowi polskiemu.
- Tak jest. Tomka Grzywacza znam doskonale. To jest człowiek, który świetnie zna wszystkie dokumenty i przepisy; zawsze pilnował ich przestrzegania. Stąd wzięło się owo powiadomienie FIS-u i MKOl-u ze strony PZN-u, że ten nasz alpejczyk był przez długi czas poza badaniami. Moim zdaniem po tej informacji MKOl nie dopuści go do startu.
I będzie afera na cały olimpijski świat!
- Oczywiście. Tomek Grzywacz przedstawił publicznie dokumenty z konkretnym przepisem mówiącym o tym, że każdy uczestnik igrzysk olimpijskich dwa lata przed tą imprezą musi być w procesie badań medycznych i antydopingowych. A tu PKOL zatwierdził osobę, która – w świetle tego regulaminu - jest nieuprawniona do startu.
Pomroczność jasna włodarzy PKOl?
- Ja mogę przybliżyć mechanizm działania w takich sytuacjach. Komisja Sportu to jest zgromadzenie 30 ludzi. Oni tak naprawdę nie znają tych gości, o których mowa, nie znają szczegółowych zasad kwalifikacji. Jeżeli od przedstawiciela PKOl usłyszeli: „Mamy to sprawdzone, trzeba wysłać tego, a nie tamtego”, to po prostu... byli za. A na zarządzie PKOl prezes, przedstawiając listę olimpijczyków, zapewne użył argumentu: „Komisja ją zatwierdziła”. No i tych kilkudziesięciu członków tego gremium podniosło łapki... Na pewno byłoby inaczej, gdyby dano głos przedstawicielowi PZN. Ale nieelegancko go „sczyszczono”, jak wiemy. Jest jeszcze jedna rzecz: nie pamiętam za mojej kadencji we władzach PKOl, by komitet zmienił proponowaną przez jakiś związek kadrę olimpijską. Raz zdarzyła się historia – ale to jeszcze na etapie właśnie Komisji Sportu – że sama federacja wyłapała swój błąd i poprosiła o zmianę. Natomiast zarząd PKOl nigdy nie zrobił czegoś takiego, jak teraz!
Trudno mi sobie wyobrazić nastrój samych tych sportowców, „wkręconych” w całą sprawę!
- Prawda? Podobno Piotr Habdas o całej sprawie dowiedział się w nocy, będąc w Korei na zawodach. Z mediów... Co to za metody są? Prymitywne i nieeleganckie.
Jak to w polityce, która – zdaje się – wkroczyła mocno w świat sportu.
- Polski Komitet Olimpijski z definicji jest – powinien być – organizacją niezależną. I taki był, za czasów świętej pamięci Piotra Nurowskiego. Pamiętam jak dziś, że w którymś momencie Ministerstwo Sportu chciało na PKOl przerzucić całe przygotowanie olimpijczyków, dawać na nie pieniądze za naszym pośrednictwem. Piotr powiedział wtedy członkom zarządu jasno: „Jeżeli weźmiemy chociaż jeden milion od ministerstwa, przestaniemy być obiektywni i nie będzie nam wolno mieć swojego zdania. Braliśmy, owszem, jakieś tam pieniądze na jakieś akcje kulturalne, edukacyjne, ale nigdy na bieżącą działalność. Następca Piotra, też już świętej pamięci Andrzej Kraśnicki, troszkę bardziej się z politykami zaprzyjaźnił, paru do zarządu sobie wziął. Z mojego punktu widzenia to już było przegięcie. W tym momencie powiedziałem: „To już nie jest ten PKOl, w którym chcę działać”.
A dzisiejsze władze PKOl jak się mają do zasady apolityczności?
- Dla mnie to jest absolutnie personalna i polityczna rozgrywka! A zabrnięcie przez PKOl w klimaty polityczne to ślepa uliczka. Widzimy, co się dzieje... Ja nie pamiętam historii, żeby prezes podpisywał jakąkolwiek umowę, nie informując o niej zarządu, a przynajmniej jego prezydium. Piotr i Andrzej byli – po pierwsze - bogatymi ludźmi: Piotrek nie brał żadnej pensji, Andrzej chyba też nie. Po drugie - byli ludźmi z ogromną ogładą: z kulturą osobistą i kulturą biznesu. Pewnie stąd ta różnica między ich kadencjami a tą obecną.
Myśli pan, że mediacja obecnego ministra sportu pomiędzy panami Piesiewiczem i Małyszem coś da?
- Nie wiem. Mam wrażenie, że minister z szefem PKOl wzajemnie specjalnie za sobą nie przepadają, więc kandydat do mediacji raczej słaby jest... Sądzę natomiast, że zaprosił ich na spotkanie, by wyjaśnić nie tylko tę jedną konkretną sprawę, dotyczącą nominacji olimpijskich, ale by generalnie doprowadzić do consensusu, bo Polski Związek Narciarski jest potężnym związkiem, a konflikt personalny z PKOl-em nie służy nikomu. Te listy, oskarżenia, prokuratury, obrzucanie się błotem... Boże Święty, PKOl powinien być jak najdalej od takich spraw! Niech pan zobaczy, że ani PZN, ani PKOl nie dyskutuje o tym, co zrobić ze szkoleniem, ze sportem; za to obie strony koncentrują się wzajemnym napieprzaniu się...
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Zbigniew Waśkiewicz. Fot. Łukasz Laskowski/ PressFocus
